Dorota Masłowska – Między światami

fot. Rafał Masłow

Po jej głośnym debiucie, który wywrócił polską literaturę „do góry słowami”, niektórzy mówili, że napisała już swoją najlepszą książkę. Tymczasem wciąż pisze lepsze. W każdej kolejnej powieści czy sztuce stwarza świat, którego się nie spodziewamy. Ktoś powiedział, że odkąd się pojawiła, można już tylko pisać tak, jakby się tańczyło na rzęsach. Ale Dorota Masłowska jest bezwzględna wobec siebie. I bezlitosna dla dziennikarzy. W rozmowie „Zwierciadła” opowiada o swoim życiu między książkami .
– Jak wygląda życie, kiedy kończysz pisać?

reklama

– W tych okresach, kiedy piszę, wszystko mi się w życiu zgadza; to jest dla mnie pełnia. Praktyczna strona rzeczywistości może być zaniedbana, ale doświadczam tak wielkiej przygody umysłowej i duchowej, że wynagradza mi ona spanie w ubraniu. Euforia, adrenalina i dużo starych herbat. Wszystko mnie interesuje, wydaje się zabawne, wielomówne, pełne znaczeń. Potem, kiedy skończę pisać, jeszcze przez chwilę jestem szczęśliwa, nadmiernie rozmowna. Aż wreszcie przychodzi okres całkowitego osierocenia, kaca i wygnania. Jestem osobą z mocno zdefiniowanym powołaniem i kiedy pracuję, czuję się sprzęgnięta z życiem, spełniona, niezniszczalna. Potem oczywiście zaczynają się schody.

– Na kacu jesteś dłużej?

– Oczywiście. To porównanie jest całkiem trafne, bo to jest trochę jak wracanie z cudownego sylwestra. Przez kilka godzin śni ci się jeszcze, że na nim ciągle tańczysz, tylko już jakby w piżamie. A potem budzisz się, machając rękami w powietrzu, bez paliwa.

– Czytanie może być dopływem paliwa?

– Już myślałam, że nie, że literatura przestała wywoływać większe reakcje chemiczne w moim mózgu. Ale ostatnio wzięłam z półki Schulza, jakiś upokarzający egzemplarz, „lektury z opracowaniem”, zalany herbatą. Otworzyłam i zakręciło mi się w głowie, co to za spiętrzenie, korowód dziwacznych wizji, wszyscy spece z Pixara powinni się podać do dymisji. Nagle taka mała książeczka przypadkiem w środku dnia zabiera mnie na taki rollercoaster, jakiego nie ma w żadnym Disneylandzie. Byłam zdumiona i szczęśliwa.

– Kiedyś zachwycałaś się też złą literaturą, mówiłaś o czytaniu Rodziewiczówny.

– To prawda, lubię pokraczne twory literackie. Chociaż trochę szkoda już mi neuronów na złe książki.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »