Eduardo Mendoza: Markerem po rękopisie

Wikimedia Comons, for. Miguel A. Monjas

Specyficzne poczucie humoru, intelektualne zabawy konwencją i stylem. I bohaterowie: nierzadko kompletni idioci albo typy spod ciemnej gwiazy. Czy tak się pisze bestsellery? Jemu się udaje. Eduardo Mendoza, jeden z najpoczytniejszych hiszpańskich pisarzy, opowiada nam o sobie, książkach i samotności.
Zaledwie kilka miesięcy temu polską premierę miała „Wyspa niesłychana”, a już w księgarniach pojawia się kolejna jego powieść „Prześwietny raport kapitana Dosa”. W Hiszpanii na spotkaniach z czytelnikami potrafi za jednym zamachem rozdać 600 autografów. Do Krakowa przyjechał nie tylko na premierę książki, ale i na zaproszenie Instytutu Cervantesa, gdzie od niedawna działa biblioteka imienia Eduardo Mendozy. Spotykamy się dzień później, właśnie w instytucie. Pisarz lekko przygarbiony, siada tyłem do przeszklonych drzwi z nadrukiem: jego naturalnej wielkości podobizną z tym samym łagodnym uśmiechem. Człowiek, który w swoich książkach bywa bezlitosny dla bohaterów, na żywo prezentuje maniery angielskiego dżentelmena.

Słyszałam, że bardzo lubi pan wywiady. To rzadkie, a przynajmniej rzadko ktoś się do tego przyznaje.

Słucham uważnie pytań dziennikarzy. Na co zwracają uwagę, jak odbierają moje książki. Takie rozmowy to dla mnie rozrywka. Jako pisarz prowadzę na co dzień nudne życie.

Nudne?! Wręczają panu nagrody, spotyka się pan z czytelnikami, pojawia się w telewizji, otwiera biblioteki. To mało?

Wszystko, o czym pani mówi, dzieje się w moim życiu incydentalnie i trwa krótko. Na co dzień mam ten sam ustalony rytm dnia i nic w nim nie zmieniam.

Jaki to rytm?

Budzę się zawsze o tej samej godzinie – 7.30. Muszę zjeść śniadanie, poczytać gazety, dopiero wtedy siadam do pracy. Piszę najpierw ręcznie, bazgrzę po rękopisie markerami. W przerwach między pisaniem mam tak dużo wolnego czasu, że sporo gotuję. Mieszkam w Barcelonie, w cichej okolicy, niedaleko pięknego ogrodu miejskiego i wybrzeża, chodzę codziennie na pobliski targ. Przy okazji mam styczność z ludźmi. To dla mnie ważne, bo samotność jest esencją mojego zawodu. Lekarz porozmawia z kolegami na dyżurze, urzędnik za biurkiem obgada kogoś z innym urzędnikiem. A ja? Mogę co najwyżej pogawędzić z zaprzyjaźnionymi

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »