Julie Delpy: Brak mi pewności siebie

Corbis/FotoChannels

Może zagrać dziwkę, intelektualistkę, niewinną dziewczynę, potwora. Byle mieć coś do zagrania. Julie Delpy nie ma szkoły aktorskiej, a szlify pobierała u Godarda, Schlöndorffa, Holland i Kieślowskiego, z którym się nawet skonfliktowała. Teraz sama robi filmy autorskie. Ma odrębne zdanie na wiele tematów. Twierdzi, że świat pod rządami kobiet wcale nie byłby lepszy.
Masz obsesję na punkcie damsko-męskich relacji? Pytam o to, bo na polskie ekrany wchodzi sequel „Dwóch dni w Paryżu” – „Dwa dni w Nowym Jorku”. Z tą samą bohaterką i jej nowym czarnoskórym chłopakiem.

Na to wygląda. Wiesz… im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że zbudowanie trwałej, głębokiej relacji między kobietą a mężczyzną to największe wyzwanie naszych czasów. Ja w tej chwili żyję w bardzo szczęśliwym związku, ale dobrze wiem, ile wymagało to od nas obojga pracy, kompromisów i dobrej woli. Im bardziej ktoś jest wrażliwy i wymagający, tym trudniej zbudować mu taki związek. Bywa, że poranieni poprzednimi nieudanymi relacjami boimy się zaufać i zakochać, choć tak bardzo tego pragniemy. Wiemy, jak łatwo jest spłoszyć miłość, ale też że bywa ona pułapką. Dlatego gramy ze sobą, udajemy, trochę oszukujemy. Boimy się całkowitej szczerości, pielęgnujemy niezależność, nawet w związkach pozostawiamy sobie jakąś furtkę.

I o tym są twoje filmy.

„Dwa dni w Paryżu” opowiada o tym, jak się dojrzewa do bycia z drugim człowiekiem, zaś „Dwa dni w Nowym Jorku” stawia pytania o to, jak odbudować swoje życie na nowo po rozpadzie poprzedniej relacji, jak stworzyć swoje miejsce w nowej patchworkowej rodzinie, z dziećmi z poprzednich związków, z naszymi ekspartnerami, rodzicami, przeszłością, uprzedzeniami i wspomnieniami. To wszystko wymaga naprawdę wielkiej dojrzałości i życiowej mądrości. Mam nadzieję, że te moje filmy nie są zwykłymi komediami romantycznymi, ale próbują uchwycić coś prawdziwego, i że są