Marcin Bosak: Chłopak z Bałut

Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Jest jednym z najciekawszych aktorów swojego pokolenia. Zawodu i życia uczył się od Bruce’a Lee, ale też od swojego syna. Przez lata ćwiczył karate, dzisiaj uprawia sztukę walki bez walki. Marcin Bosak skutecznie prowokuje los.Po prostu szczęściarz.
Podobno umiesz zaklinać rzeczywistość?

Najważniejsze spotkania zawodowe wzięły się z mojej intensywnej wiary, że mogą się zdarzyć. Jestem szczęściarzem, bo to, co mi się przytrafia, jest wyjątkowe. Oczywiście, wierzę w siłę marzeń, bardzo, choć to może brzmi pretensjonalnie. Marzyłem o współpracy z Krystianem Lupą, odkąd zobaczyłem jego „Wymazywanie” w Teatrze Dramatycznym, będąc jeszcze na studiach. Pomyślałem wtedy, że bardzo chciałbym u niego zagrać. To się udało, dwa lata temu zaproponował mi udział w spektaklu „Persona. Marilyn”. Czekałem na tę współpracę dziewięć lat. Podobnie było z Agnieszką Holland. Oglądając jej filmy, miałem poczucie, że jest w nich to wszystko, co mnie naprawdę interesuje w kinie, robiły na mnie ogromne wrażenie. Przed laty łódzka szkoła filmowa organizowała warsztaty prowadzone przez Agnieszkę Holland, a uczestniczyła w nich moja partnerka życiowa Monika Pikuła. Pojechałem tam tylko po to, żeby dać Agnieszce swoje zdjęcia. Wręczyłem je i wyszedłem. Zaklinałem rzeczywistość, żeby coś z tego wynikło. No i spotkaliśmy się, najpierw przy serialu „Ekipa”, gdzie poznałem też jej córkę Kasię Adamik i siostrę Magdę Łazarkiewicz. Była dobra wymiana energii, ziarno zostało zasiane. Może Agnieszka myślała, że byłoby warto kontynuować tę pracę.

Bardzo się ucieszyłem z kolejnego spotkania przy dubbingu do filmu „Janosik. Prawdziwa historia”. Oczywiście, to była zupełnie inna praca, w studiu, ale też mój apetyt na kolejną rolę u Agnieszki rósł. Wiedziałem, że przygotowuje się do filmu „W ciemności”. Jechałem samochodem i słuchałem wywiadu z nią. Wynikało z niego, że zdjęcia się zaraz zaczynają. Myślałem, że obsada jest skompletowana. Pamiętam, że pomyślałem i zdaje się powiedziałem głośno: „Kurczę, chciałbym zagrać w tym filmie”. Chwilę później dostałem zaproszenie na casting. Wycofał się jakiś koproducent, co znaczyło, że część ekipy zostanie zmieniona, bo przy międzynarodowych koprodukcjach jest wyraźnie określone, który koproducent angażuje członków ekipy ze swojego kraju. Słyszałem później, że te role, które gra Julka Kijowska i ja, mieli grać Kanadyjczycy. W ten przypadkowy sposób dołączyłem do obsady. Ale jak mówiła moja pani profesor, przypadek to

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »