Niedziela bez Teleranka: opowiada Lidia Popiel

Wikimedia Commons, Fot. Maria Przybyszewska

W czasach pustych półek i wieszaków, zamkniętych granic, bazarowych poszukiwań, braku „sieciówek”, galerii handlowych i outletów, internetu, kolorowej prasy i kanałów telewizyjnych poświęconych modzie nadążanie za nią było zajęciem trudnym i czasochłonnym. Jak wspomina fotografka i modelka Lidia Popiel, był to również okres niezwykłej kreatywności Polek, które tworząc oryginalne stroje, na swój sposób walczyły z ponurą rzeczywistością.

Wikimedia Commons, Fot. Maria Przybyszewska

Co było największym koszmarkiem modowym ostatniej dekady PRL-u?

Można powiedzieć, że historia mody zatoczyła dziwne koło. Czytałam w jednym z zestawień, że do grupy najbardziej ohydnych wtedy rzeczy zaliczono legginsy, a dzisiaj są na topie, i to w milionie wersji!

I tak jak wtedy, na legginsach nosi się getry.

Tak! One też wróciły. Kiedyś nie można było kupić getrów w sklepach, najczęściej były dziergane na drutach. Dziś – do wyboru, do koloru. Kiedy współpracuję z młodszymi ludźmi, często słyszę zachwyt nad niektórymi trendami z czasów PRL-u. A ja wiem, że nigdy nie włożę już na siebie
tego, co wówczas było modne. Nigdy!

Marynarki z poduszkami na ramionach też nie?

W życiu! To koszmar. Najgorsze modowe wspomnienie z lat osiemdziesiątych. Nie wiem, jak to się stało, że kobiety w ogóle przekonały się do tak absurdalnej mody. Marynary (bo przecież nie marynarki) potwornie deformowały sylwetkę. Proporcje były przy tym kompletnie zaburzone. I nawet jeśli dziś poduszki na ramionach pojawiają się w powracających z tamtych czasów trendach, to na szczęście już nie w tym starym wydaniu. Teraz wyglądają subtelniej, z pomysłem i bardziej kobieco.

Poduszki były w płaszczu, marynarce i bluzce, kiedy wkładało się te wszystkie trzy rzeczy, kobiece ramiona przypominały muskuły Schwarzeneggera. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił odpinanych poduszek albo przyczepianych na rzepy…

…więc jak się przechylało głowę, można się było nieźle na nich wyspać… Totalna katastrofa. Na dodatek marynarki z szerokimi ramionami najczęściej były do pasa, od pasa w dół noszono spodnie poszerzane w biodrach, a zwężane w kostkach i buty w szpic bez obcasów. Nikt nie wyglądał w tym dobrze. Ale trzeba pamiętać, że to były czasy, w których brakowało nam świadomości, co dzieje się w modzie na świecie. Pojawił się jeden trend i wszystkie panie ślepo go chwytały. Dziś jest wybór, znamy najnowsze fasony, kolory, połączenia. Wybieramy to, co jest dla nas odpowiednie i co nas określa. Strój to przecież wyraz osobowości, czasem identyfikacja z pewną grupą czy subkulturą, ubranie po prostu za nas mówi.

A kiedyś wszyscy mieli myśleć i mówić tak samo, więc i podobnie wyglądali… Niektórzy się buntowali. Poprzez strój też.

To prawda. Była wtedy także spora grupa ludzi, którzy mieli potężną potrzebę koloru i chcieli wyróżniać się na tle szarej jednolitej masy. Właśnie ubiorem próbowali podkreślić swój indywidualizm. Mam wrażenie, że w PRL-u głód mody był jeszcze większy niż teraz, choć to przecież dziś wypada, a wręcz powinno się znać najnowsze style i tendencje. W latach osiemdziesiątych fani mody powinni wystawić pomnik tetrowym pieluchom. W erze braku wszystkiego to właśnie one ratowały wiele kobiet chcących wyróżnić się kolorem. Pieluchy się farbowało i szyło z nich sukienki, spódnice, bluzki… Doszywało cekiny, frędzle, koraliki. Ja akurat nie byłam miłośniczką tetry, wolałam inne materiały, choć bardzo trudno było je dostać. Na szczęście wpadłam na trop sklepów przyfabrycznych: z Milanówka przywoziłam jedwabie, a z Łodzi bawełny. Były wówczas dwa nurty.