Stefan Kuryłowicz – Budowniczy marzeń

Jeździ czarnym jaguarem, bo jak mówi, czarny samochód jak czarny kapelusz jest zawsze elegancki. Od niedawna równie często podróżuje swoją awionetką. Firma, którą prowadzi z żoną Ewą, zatrudnia 122 osoby. W gabinecie, gdzie rozmawiamy, wisi worek bokserski, podobno świetny na stresy, a imponujący rozmiarami rysunek żaglówki przypomina, że gospodarz to zapalony żeglarz. Był kiedyś w polskiej kadrze lekkoatletów, a nie tak dawno brał udział w maratonie. Stefan Kuryłowicz jest też najbardziej chyba dzisiaj znanym polskim architektem.
Jak został pan architektem?

reklama

– Moi rodzice byli architektami. Ale tak na poważnie nie myślałem o architekturze, chciałem zajmować się sportem – żeglarstwem, lekkoatletyką. Biegam do tej pory, trzy lata temu przebiegłem maraton. Chciałem pójść na AWF, jako ówczesny członek kadry narodowej zostałbym przyjęty bez egzaminu, więc po części powodowało mną lenistwo.

Ojciec wyemigrował w roku 1964, mając w kraju ograniczone możliwości pracy, m.in. przez „złą” partyzancką przeszłość. Pisał bardzo zwięzłe listy. Kiedy dotarło do niego, iż myślę o studiach na AWF, napisał pierwszy długi list. Na pięciu stronach tłumaczył, co robią ci, którzy skończyli architekturę. Następne pięć stron było o tym, jakie nieszczęścia spotykają młodych, którzy nie studiowali architektury. Ostatnie pół strony zajmowały groźby. Napisał, że mnie wydziedziczy – do tej pory nie wiem z czego. Poszedłem więc na architekturę.

Co pomyślą o nas potomni, patrząc na to, co pozostawiliśmy w architekturze? Ona zawsze jest zbiorem znaków swojego czasu i wiele można się z niej dowiedzieć o świecie tych, którzy wznosili budynki.

– Zacznijmy od tego, iż może się okazać, że naszej architektury w przyszłości prawie nie będzie. Starzeje się ona moralnie w niezwykłym tempie. Czasami żartuję, że razem z wnioskiem o pozwolenie na budowę powinno się dzisiaj od razu składać wniosek o pozwolenie na rozbiórkę.

Pamiętam Andrzeja Skopińskiego, gdy rysował pawilon Orbisu, bardzo potem chwalony. Dokładnie w tym miejscu zbudowaliśmy dom na rogu Królewskiej. Przebudowywany obecnie terminal pasażerski na Okęciu powstał w końcu lat 80. w miejscu dworca lotniczego zbudowanego 20 lat wcześniej. Starzenie się moralne budynków, zmiany ich funkcji są zjawiskiem naturalnym. W konsekwencji coraz częściej burzymy, by wznieść coś nowego.

Albo przebudowujemy, zmieniając bez litości.

– To też. A odpowiadając na pytanie – jeśli coś dotrwa z naszego czasu, to obywatel przyszłości będzie czuł się zagubiony w spuściźnie po nas. Zostawiamy po sobie chaos szybko zmieniających się gustów, rozmaitych konwencji: modernizm, postmodernizm, dekonstrukcjonizm itd. Ale to, co dzisiaj najbardziej mnie razi, to nie same budynki, ale właśnie brak świadomie kształtowanej przestrzeni publicznej.

Coś, co przypomina ziemię niczyją…

– To dramat braku wyobraźni i umiejętności myślenia w kategoriach generacji, nie zaś kadencji. Ci, którzy posiadają realny wpływ na kształtowanie przestrzeni publicznych, mają wręcz obowiązek decydowania o nich. Ale politycy, administracja nie wiedzą, że o wiele łatwiej przejdą do historii, gdy podejmą klarowne decyzje dotyczące miejskiej przestrzeni, niż prowadząc swoje wojenki i odpalając fajerwerki. Rody florenckie nie byłyby zapewne znane, gdyby nie nazwy ich pałaców. Nie interesują nas ich łajdactwa z przeszłości, w pamięci przyszłych pokoleń zapisali się właśnie dzięki temu, co zostawili po sobie w sferze kultury materialnej.

Ale problem, jak to pan określił, z przestrzenią między domami istnieje dzisiaj nie tylko w Polsce, jest wszędzie.

– Są jednak kraje, w których świadomość jej znaczenia jest znacznie wyższa. Na przykład Francja. Każdy mer Paryża stara się zostawić po sobie znaczący obiekt publiczny lub też utrzymać świetność dzieł tworzonych przez poprzedników.

W Polsce zmieniło się jednak wiele po 1989 roku, zamiast dzielnic z wielkiej płyty wznosimy czasami dobrą mieszkaniówkę. Pana warszawski EKO-Park jest bardzo ciekawy.

– Jest mi miło to słyszeć, tym bardziej że za to osiedle, niezależnie od wielu nagród, wieszano na nas psy. Niektóre z realizowanych współcześnie w Polsce zespołów mieszkaniowych uważane są za jedne z lepszych w Europie – oczywiście nie przez Polaków i nie w Polsce. Niedawno oglądałem z niecodziennej perspektywy jeden z piękniejszych fragmentów Europy, leciałem wzdłuż wybrzeża Hiszpanii na niedużej
wysokości…

Jako pilot?

– Tak, brałem udział w rajdzie samolotowym do Casablanki przez Malagę i Gibraltar, trasa wiodła nad wybrzeżem. Byłem przerażony, nie wiedziałem, że w kraju słynącym z pięknych krajobrazów i znakomitej architektury dokonano takiej zbrodni na krajobrazie.

Słowo „zbrodnia” jest na miejscu. I powinno się „zbrodniarzy krajobrazu” surowo karać, choćby karą dożywotniego mieszkania w tym, co schrzanili. A z lotu ptaka więcej widać.

– Często latam wzdłuż Wisły i widzę, co się dzieje na Polach Wilanowskich, na obszarze, który jest określany jako przedmiejski. Słowo „zbrodnia” też jest tu na miejscu. Króluje urbanistyka „łanowa”. Gdzie chłop sprzeda kawałek ziemi, tam się buduje, rządzi poszatkowany przypadek. Aby stworzyć prawdziwe miasto, trzeba budować intensywnie i chronić przede wszystkim bardziej wartościowe przyrodniczo tereny podmiejskie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »