Bytom Marka Kality

Łukasz Gawroński

reklama

Z Bytomia wywędrował jako siedmiolatek, ze Śląska dwanaście lat później. Najpierw do Krakowa do szkoły teatralnej. Debiutował rolą Ala w „Ptaśku” na deskach Starego Teatru. Tam też poznał Wajdę, Jarockiego, Lupę, z którymi pracował przez kolejne lata. Marek Kalita gra, reżyseruje, pali fioletowe vogue’i. Bardzo skromny. W jednej chwili odważny i zalękniony. „Ale będę to wszystko później mógł autoryzować? Bo ja głupoty czasem jakieś mówię” – śmieje się. Niezbyt często. Niezbyt głośno. Za to jak!

Dworcowa

Wielu ludzi mówi: „Tu są moje korzenie, stąd pochodzę”. Nigdy nie myślałem o Śląsku w taki sposób. Zawsze wydawało mi się raczej, że to jakieś takie brzydkie jest wszystko. Brudne, smutne, zniszczone. Zapomniane przez resztę świata. Że trzeba stąd jak najszybciej wyjechać. Gdy w szkole podstawowej pojechałem na wycieczkę do Krakowa, zobaczyłem zupełnie inny świat. Śląsk to „miasto nie miasto”. Rozrzucone, rozwalone, rozproszone. Tylko małe fragmenty przestrzeni mają jakąkolwiek architekturę. Reszta jest jakimś przypadkiem.

Jednak gdy zacząłem przyjeżdżać tu jako dorosły człowiek na święta Bożego Narodzenia do moich rodziców, nagle poczułem się bardzo blisko związany z tym wszystkim. Ugry, brązy, szare czernie, rdza. To są takie rzeczy, których się nie da opowiedzieć. To obrazy, postrzeganie pozaracjonalne. Istnieje jakaś magiczna moc tego miejsca. Z jednej strony jest to pewnie oddech dzieci stwa, z drugiej istnieje tu coś takiego, co sprawia, że już teraz wiem, że jestem stąd. Tak to właśnie jest z tym Śląskiem.

A zaczęło się na ulicy Dworcowej. To chyba główna ulica Bytomia, w którym się urodziłem, taki deptak. Mieszkaliśmy tu z rodzicami i bratem jakieś siedem lat może, nie więcej. To moje wczesne dzieciństwo. Niewiele pamiętam poza tym, że w domu Mikołaj podrzucał prezenty pod poduszkę. Była też i rózga. Za co? A ja wiem? To Mikołaj więcej wtedy wiedział. A na podwórku sąsiad pan Andriejewicz reperował swoje „żabki”, trzykołowe samochodziki. Był też najlepszy kolega Heniek, z którym odbywałem pierwsze wyprawy poza nasze podwórko.

Rokitnica

Z Dworcowej przeprowadziliśmy się niedaleko, bo jakieś 10 kilometrów dalej. Śląsk, można tak powiedzieć, to jedno wielkie miasto. Bytom, Chorzów, Ruda Śląska, Biskupice, Zabrze. Granice pomiędzy tymi miastami są bardzo płynne. Myśmy zamieszkali „pomiędzy”, było to osiedle górnicze.
 
Mój ojciec całe życie był związany z kopalnią Pstrowski i Rokitnica Mikulczyce znajdującą się niedaleko Biskupic. Zajmował się wentylacją. Pracował przy jej dozorze, czyli najprościej mówiąc, zapewniał istnienie tlenu pod ziemią. Był w ekipie, która pomagała ratować górników w czasie wypadku przed laty na kopalni Pstrowski. Tylko jeden górnik się wtedy uratował. Przetrwał w kopalnianym zwale siedem dni. Zmarł przed dwoma laty na górniczą chorobę – pylicę. Nazywał się Alojzy Piątek. Pstrowski, Rokitnica i Mikulczyce – te trzy kopalnie były połączone. Nigdy w dzieci stwie ojciec nie zabrał mnie pod ziemię. Trafiłem tam po wielu latach.

Zjechałem na dół przy okazji śląskiego serialu „Rodzina Kanderów” (1988) i dopiero wtedy zobaczyłem, jak to wszystko naprawdę wygląda. Że chodnik podziemny to nie jest żaden trotuar, po którym można sobie swobodnie iść – bardzo często trzeba się czołgać, bo chodnik może mieć pół metra wysokości. Tak wygląda dojście do ściany, do wyrobiska, gdzie górnicy pracują. W takim tunelu, tuż obok chodnika, są tory i trzeba bardzo uważać. Dużo wypadków na kopalni polega właśnie na tym, że ktoś nieuważny w makabryczny sposób traci rękę lub nogę, bo zostaje przejechany przez nadjeżdżający ze sporą szybkością wagon.

Lata świetności tych kopalni już dawno minęły. Pamiętam, jak Kazimierz Kutz kręcił film „Śmierć jak kromka chleba” (1994) o wydarzeniach w kopalni Wujek i korzystał właśnie z tych wnętrz. Zobaczyłem kopalnie widma. Rozebrane, rozkradzione, puste, ogromne molochy. Weszliśmy m.in. do hali łańcuszkowej, gdzie się górnicy przebierają. To jest ogromna hala. Własne cywilne ciuchy, które górnicy z siebie ściągają, wieszają na ła cuchu i podciągają do góry. Na siebie natomiast zakładają ubranie robocze. Po szychcie ubranie zjeżdża z powrotem na dół. Te wiszące puste ła cuchy mówią wszystko.

Osiedle Rokitnica

Chodniki kopalni i wyrobiska częściowo znajdują się także pod Bytomiem. Wybieranie węgla przez lata powodowało pęknięcia domów i w konsekwencji ich ruinę. Pamiętam, jak nasz dom się czasami poruszał. Pamiętam, jak szklanki drżały na półkach. To się często wiązało z wypadkami na kopalni, z obsunięciem jakiejś ściany na przykład. W tych okolicach zdarzało się to bardzo często, to te tzw. tąpnięcia. Wszyscy byliśmy do tego jednak przyzwyczajeni. Na Śląsku jest to rzecz oczywista. W tej chwili spora część Bytomia znajduje się już pod ziemią. Połowy miasta nie ma, bo się zapadło przez te wszystkie lata. Tak jak kamienice wokół małego bytomskiego rynku.

 

Podstawówka

Pani Bukała to moja pierwsza nauczycielka i moja wychowawczyni w szkole nr 22, która wtedy nazywała się Broniewskiego. Wspominam ją zawsze bardzo ciepło. Takim ciepłym wspomnieniem jest również pani Urszula, przedszkolanka z Bytomia. Zdjęcia z Mikołajem w przedszkolu, na których jestem przebrany za Zorro, przetrwały do dziś.

Ojciec chyba sprowokował mnie do jakiejś większej pracy nad sobą. Kochał swoją pracę, ale też zawsze ciągnęło go do czegoś innego. Należał do (nie wiem jak to nazwać dokładnie) kółka wynalazców. Miał różne pomysły tzw. racjonalizatorskie, które dotyczyły rozmaitych ulepszeń na kopalni. Próbował też malować, grać na różnych instrumentach, m.in. akordeonie. Może była to odskocznia od bardzo trudnego, niewdzięcznego i tak naprawdę niezwykle odpowiedzialnego zawodu? Pociągało go coś, co było od tego wolne, co było kompletnie inne. Niezależne. Może to właśnie od niego przejąłem? Zakładam sceny offowe, na których szukam własnej drogi w teatrze. To były teatr Strefa, Teatr Buckleina, a teraz Stowarzyszenie Teatr Atelier.

Liceum

Moja klasa w liceum była bardzo liczna i to był chyba kłopot. Było nas za dużo, więc nauczycielom raczej specjalnie nie zależało na tym, żeby nas czegoś nauczyć. Nie chciałbym się w to wszystko mocno wgłębiać, ale pamiętam, że tylko raz na pół roku pisaliśmy wypracowania. W klasie humanistycznej, w której język polski miało się pięć razy w tygodniu! Wtedy się tym tak bardzo nie przejmowałem, ale teraz żałuję, bo może dziś łatwiej pisałbym scenariusze teatralne… Przyznaję uczciwie, że ja niestety też nie rwałem się do nauki.

Od pewnego momentu interesowałem się przede wszystkim zakładaniem teatrów i organizowaniem przedstawie  poza lekcjami. Krótko mówiąc, moją pasją były inne rzeczy, a nie nauka. Próbowaliśmy w pierwszej klasie wystawić „Dziady” na przykład. Z tego, co pamiętam, spektakl nie doszedł do skutku, ale to nie było najważniejsze. Najistotniejsze były przygotowania, robienie dekoracji, scenografii, całe mnóstwo rozmów wokół tego. W naszej grupie teatralnej każdy był aktorem, scenografem i reżyserem. Nie mieliśmy nawet żadnej nazwy. Wszystkie nasze próby kończyły się na… próbach. Nigdy nie udało nam się ostatecznie wystawić sztuk, nad którymi pracowaliśmy.

Później powstał jakiś kabaret, jakaś gazetka satyryczna, do której pisałem teksty tak długo, aż została pewnego dnia zlikwidowana przez grono nauczycieli. Moje poczucie humoru komuś się nie spodobało.

Kółko teatralne

Teatr jest największą pasją mojego życia, chociaż w mojej rodzinie nigdy nie było takich tradycji. (Może to się zacznie ode mnie, bo moja córka Natalia jest teraz w szkole teatralnej). Były inne pasje, np. muzyka, jak w przypadku mojego dziadka, ojca mamy, który miał osiem czy dziewięć par skrzypiec. Grał na wszystkich w zależności od potrzeby i okazji. To są takie rzeczy, które może w genach jakoś się przenosi i w pewnym momencie się to uaktywnia? Nie wiem. Tak czy inaczej któregoś dnia koleżanka zaprowadziła mnie na zajęcia teatralne. To było dla mnie ważne wydarzenie. Prowadził je pewien pan. Znacząca postać. Nazywał się… No właśnie. Zapomniałem teraz. On już nie żyje, kilka lat temu zmarł. Przygotowywał ludzi do szkoły teatralnej. Zaraz, zaraz, mówiło się na niego Lech. Lech… Lech Zarzycki… Zarzycki się nazywał! Przez jego „szkołę” przewinęło się kilka znakomitych postaci, jak Wojciech Pszoniak czy Tadeusz Bradecki, potem dyrektor Starego Teatru. Pamiętam, że na pierwsze spotkanie przyniosłem znaleziony w „Szpilkach” tekst. Kompletnie głupkowaty. I Lech wyrzucił mnie z tym tekstem.

Z jego pomocą przygotowywałem się do egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej. Lech bardzo szybko nakierował mnie na to, jak znajdować dobre teksty, czym one są tak naprawdę, jak się do nich dobierać, co z nimi robić, jak je mówić.

Ognisko muzyczne

Najpierw było w Bytomiu, potem w Zabrzu. Najbardziej pamiętam profesora Jarzębskiego z Bytomia, bo bardzo groźnie prowadził zajęcia. Uczyłem się u niego grać na pianinie. Polegało to na tym, że za każdą pomyłkę dostawałem od niego w plecy piórem. Na szczęście nie kłuł mnie stalówką. Taki był. Chodziłem tam chyba przez całą podstawówkę. W liceum już mi się nie chciało. Tak naprawdę te lekcje bardzo mi pomogły – nuty przestały być dla mnie obcym językiem, mam też jako takie podstawy muzyczne. Gdy później w szkole teatralnej dostawałem piosenkę do zaśpiewania, nie miałem z nią żadnego problemu.
 
Ognisko muzyczne było oczywiście inicjatywą mamy. Pewnie wspaniała intuicja podpowiedziała jej, że to może mi się przydać. Zawsze była i jest dla mnie oparciem, zawsze wierzyła w to, co robię, w mój teatr. Oczywiście jest moim wiernym widzem i to bardzo wymagającym, po każdej premierze z niepokojem czekam na jej recenzję. Mogę na nią zawsze liczyć. Ma na imię Luiza i pochodzi z miejscowości Czortków, spod Lwowa.
 
Mam też brata, młodszego. Został na Śląsku. Miał zawsze ciągotki artystyczne, chodził też do ogniska muzycznego, bo mama bardzo mocno chciała zadbać o naszą edukację. Uczył się gry na gitarze. Przez długie lata zakładał różne zespoły. Ale teraz robi kompletnie coś innego.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »