Janusz Palikot – Jak wyjść z tej miny i dobrać sobie nową

fot. Radek Polak

Przedrzeźniał, parodiował, prowokował, wierząc, że to dla wspólnego dobra. Choć jak mistrz Gombrowicz nie miał złudzeń: nie da się uciec przed gębą. Również przed tą, którą przyprawiamy sobie sami. Dlaczego musi żartować? Czemu uważa, że zbudowanie autostrad i stadionów to dopiero będzie dowcip? – mówi nam enfant terrible polskiej sceny politycznej Janusz Palikot.
– Zna pan jakieś żarty o premierze?

reklama

– Donald mocno reaguje, gdy żarty przekraczają pewne granice, to podważa jego autorytet. Widać wtedy w jego oku błysk, znak, że został naruszony jego teren. Ale jest człowiekiem o wielkim poczuciu humoru, takim absurdalnym. Robi sobie też żarty z samego siebie. Te dowcipy są tak niepoprawne politycznie, że jeśli je powtórzę, to natychmiast wylecę z partii.

– Żart potrafi zabić…

– Trudno, niech będzie to potwierdzeniem słów Jana Rokity o moim nihilizmie, ale ja nie mam granic – mówię o tym z całą świadomością dramatyzmu tych słów. Nie znajduję w sobie granic. Bywa to okrutne, ale nie mogę kalkulować, że w polityce ktoś sobie nie poradzi. Kiedy wchodzę na ring polityczny, staram się wyprowadzić z równowagi polityków, którzy stoją na swoich pomnikowych postumentach. Bawi mnie to, ale też daje poczucie wolności. I jest to Polsce potrzebne. Pytanie, ile w tym mojego nihilizmu, a ile przekonania, że sztywna forma jest więzieniem, więc należy burzyć mury dla wspólnego dobra. To oczywiście jest gombrowiczowskie, a ja jestem uczniem autora „Ferdydurke”.

– Rita Gombrowicz jest matką chrzestną pana syna?

– Jest, zupełnie poważnie. A polska historia i polityka mają w sobie tyle rozpaczy, powagi, zaplątania, więc wszystko to, co parodiuje, rozbija skorupy, jest już wartością. Oczywiście, dzisiaj z perspektywy katastrofy sam sobie zadaję to pytanie: czy nie posunąłem się za daleko? Nie chodzi tu już tylko o poczucie bezpieczeństwa moje i rodziny, łatwo teraz ze mnie zrobić kozła ofiarnego. Ale o to, czy zamiast służyć dobrej sprawie, czasami jej nie szkodzę?

– Pana nazwisko stało się jednak synonimem brutalizacji polityki. Więc liczne drzwi są zamknięte. Palikot nie zostanie premierem, prezydentem czy ministrem spraw zagranicznych.

– Wiem o tym. Często pytają mnie ludzie: „kim pan chce teraz być, panie Palikot?”. Wtedy przypominają mi się słowa z „Ferdydurke”: „bądź chociaż kobieciarzem albo koniarzem, jeśli już nie możesz być nikim innym…”. Wyzwanie, jakie stoi przede mną, to jak teraz się przeformatować. Muszę udowodnić, że potrafię się zmienić, będąc nadal sobą. Jak wyjść z tej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »