Tomasz Kot – kot, który chciał być aktorem

fot. Rafał Masłow

Największa bezczelność: mówić, że czas mija. Czasu
nie ma. Jutra nie ma. Myślisz, że masz na coś wpływ?
To zagraj w dziewiątki! – prowokuje Tomasz Kot. Grę podejmuje Hania Halek.

– Jakich pytań nie znosisz?

reklama

– O wymarzoną rolę. Nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo mam teorię, że marzenie o „roli życia” powoduje, że traci się uważność na to, co dzieje się w tej chwili, gubi gotowość bycia „na teraz”, „na już. Mam oczywiście pewne cele, ale nie zapełniam nimi piedestału „naj”. Jeśli ktoś mnie pyta o plany, zawsze skupiam się na najbliższych 24 godzinach, a nie na tym, co się stanie w przyszłym roku. Unikam powszechnej obecnie filozofii, że stan idealny dopiero nadejdzie, że jeszcze to i tamto musi się stać, żeby to szczęście w ogóle przyszło. Wytrychem jest dla mnie uważność… No, co tak patrzysz? Mądrzę się trochę?

– To mądrość, która przyszła z czasem?

– Byłem po premierze „Skazanego na bluesa” i po „Camera Café”, przed zdjęciami do „Niani”. I nagle zrozumiałem, że bezmyślnie płynę. Wtedy zacząłem drążyć te 24 godziny, odkrywać kolejne rzeczy. Przeczytałem gdzieś zdanie: „Póki co to jutra nie ma”, pomyślałem, że to strasznie odkrywcze. Pojęcie „jutra” i to, co z nim wiążemy, jest tylko teoretycznym planem, który może być wywrócony przez wypadek, chorobę, wojnę albo meteoryt. W sierpniu ’39 roku Polacy też mieli jakieś plany na wrzesień… Pomyślałem sobie, że tylko uważność jest gwarancją bycia tu i teraz. Słowo „uważność” gdzieś tam istniało w mojej głowie od zawsze, ale było w stanie spoczynku. I nagle przyszedł dzień olśnienia! Zobaczyłem, że wciąż żyję „na zaraz”: zaraz będzie dobrze, zaraz się ułoży, zaraz się zastanowię. Dotarło do mnie, że to odkładanie wszystkiego na jutro bardzo rozleniwia – mówię o dużym dysonansie między tym, kim chcielibyśmy być, a kim naprawdę jesteśmy. Bo jeśli miałbym umrzeć dziś wieczorem, to ta cała moja pozorna jakość jest w gruncie rzeczy nijaka.

– Przecież masz dzieci, pracę, wszystko osadzone w czasie, w konkretnych ramach…

– No, mam, ale nie żyję tym, co moja czteroletnia córka będzie robiła za pięć lat. Żeby było jasne, to nie jest tak, że jestem lekkoduchem w stylu „zatraćmy się, bo jutra nie ma”. Zdaję sobie sprawę, że jakość przeżywania tych 24 godzin, o których wspomniałem, w bezpośredni sposób ma wpływ na moją przyszłość. Na nowo robię przegląd siebie. Tuninguję swoje spojrzenie na świat, chociażby w kontekście czasu, bo czasu generalnie… nie ma. To tylko interpretacja człowieka, alibi na własne przemijanie. A już największa bezczelność to mówić, że czas mija. Czas się nie starzeje. Zawsze jest taki sam. Nie można go zważyć ani zmierzyć. To my się pojawiamy, zmieniamy i w końcu mijamy.

– Niczego się w takim razie nie boisz?

– Jest spoko. Staram się po prostu nie tracić siebie w tym czasie. Gdy jestem z córą w sklepie i ona chce na przykład jeszcze raz przejechać się na jakimś koniku, a mnie się już znudziło, idę na kompromis. Ok, konik raz jeszcze, proszę bardzo. I nagle dostaję telefon: „Jesteś jeszcze w sklepie? Bo trzeba coś kupić”. Myślę: „Fajnie, że zostałem”. Świat się nie kończy, jeśli plan się zawali. Dużo inspiracji czerpię od moich dzieci. Ja jestem kimś w rodzaju przewodnika, który im tłumaczy świat, a przy okazji sam odkrywa rzeczy, nad którymi nigdy się nawet nie zastanawiał. Ostatnio niosłem córkę i ciężkie zakupy. Wziąłem ją na jedną rękę, torby w drugą i… zacząłem

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »