Karolina Gruszka – Trzeba wierzyć w siebie

Adam Łach

Po roli u Davida Lyncha mogła postawić na Hollywood, jednak wybrała Rosję. Zrezygnowała z angażu w Teatrze Narodowym, by grać w filmach i sztukach swojego męża Iwana Wyrypajewa. Karolina Gruszka unika mediów i imprez środowiskowych. Krucha, eteryczna, a w spektaklu „Lipiec” wciela się w 60-letniego mordercę. We wchodzącym do kin „Tricku” równie przekonująco wypada jako naiwne dziewczątko

– Gdzie jest pani dom?

reklama

– Mam dwa domy: w Warszawie i w Moskwie. Oczywiście bardziej czuję się związana z Polską, bo stąd jestem. Ale dobrze mi z tym, że mieszkam w dwóch krajach. Bardzo sobie cenię pewien rodzaj anonimowości, jaki mam za granicą. Nie chodzi o brak rozpoznawalności, bo w Polsce nie jestem znowu taka rozpoznawalna i nie bywa to w żaden sposób dla mnie uciążliwe, tylko myślę o takim kompletnym wyrwaniu z kontekstu. To jest przyjemne.

– Wtedy można być bardziej uważnym obserwatorem?

– Tak i ma się do tego prawo: Jestem obcokrajowcem, mogę być trochę inna, dziwna, obserwująca. A to jest w zgodzie z moim charakterem.

– Jak się jest jedną nogą tu, drugą tam, to co z ukochanymi przedmiotami?

– Kiedy mieszkam w Polsce, wędrują ze mną na chwilę do Polski, potem przemieszczają się do Rosji. Ale nie mam dużo rzeczy, co sobie chwalę.

– Samochód?

– Nie mam. Zarzuciłam jeżdżenie, to nie dla mnie. Na pewno natomiast przywiązuję się do ludzi i to jest coś, nad czym trzeba pracować, bo przywiązywanie się samo w sobie nie jest chyba dobre. Miłość tak, ale miłość i przywiązanie to dwie różne sprawy.

– Wyjazd do Rosji, rezygnacja z angażu w Teatrze Narodowym to odważne decyzje. Co za nimi stoi? Jakiś wewnętrzny proces? Charakter?

– Na pewno charakter, ale jednocześnie to wynik dłuższego procesu. Miałam zaledwie kilkanaście lat, gdy zaczęłam grać w filmach. Na początku trudno było mówić o świadomych, dojrzałych wyborach, to były wybory intuicyjne. Już jako dziecko wiedziałam, że w niektóre projekty nie chcę się angażować, wydawały mi się podejrzane. Od jakichś dwóch lat czuję, że to się we mnie umocniło, że nabrałam umiejętności konkretnego stawiania sprawy, bo wiadomo, że czasami intuicja podpowiada „nie”, ale wszyscy dookoła namawiają i człowiek ulega. Ostatnio nauczyłam się, że trzeba wierzyć sobie na sto procent. Ale oczywiście nigdy nie jest tak, że się nie popełnia błędów.

– Pani drogę można nazwać antykarierą.

– To nawet ładnie brzmi (śmiech). Teraz już się chyba wszyscy przyzwyczaili do moich decyzji. Kiedyś, jak odmawiałam sesji zdjęciowych do popularnych czasopism, czułam, że nawet przychylni mi ludzie mnie nie rozumieją. Mówili, że popełniam błąd, bo to jest zawód związany z promowaniem siebie w mediach i bez wywiadów ludzie na film nie przyjdą. Dzisiaj jestem pewna, że widzowie, do których się zwracam, przyjdą na poważny projekt nie dlatego, że przeczytali wywiad w kolorowym dwutygodniku; raczej mogą z tego powodu nie przyjść.

– Mówiła pani o intuicji, a może kieruje się pani także zdaniem męża Iwana Wyrypajewa, charyzmatycznego twórcy ambitnej sztuki?

– Zawsze miałam inklinacje w kierunku takich decyzji. A z drugiej strony – mam obok człowieka, który bardzo mnie w tym wspiera, podobnie myśli, i to też jest bardzo ważne.

– Wasze poznanie było z gatunku olśnień, fascynacji?

– Na festiwalu w Moskwie zobaczyłam jego film „Euforia”, który mnie bardzo poruszył, a to mi się nie zdarza często. Kiedy się okazało, że reżyser stoi przy wyjściu i jest szansa, żeby mu podziękować, to razem z panią Izą Cywińską, z którą miałyśmy podobne odczucia, podeszłyśmy i mu podziękowałyśmy. Akurat za 15 minut zaczynał się pokaz naszego filmu „Kochankowie z Marony” w sali obok, więc go zaprosiłyśmy, nawet nie licząc, że przyjdzie. A on przyszedł.

– Po efektach waszej współpracy widać, że jest totalna. Nie miesza się wam życie prywatne z zawodowym?

– Ja nie umiem tak bardzo tego rozgraniczyć. To jest dla mnie jedna życiowa droga i każdy kolejny projekt jest jej częścią. Gdy pracujemy wspólnie z Iwanem w teatrze czy w filmie, zajmujemy się tym, co jest dla nas w tej chwili najważniejsze. Jeżeli więc przenosimy rozmowy na te tematy z pracy do domu, to jest to naturalna kolej rzeczy. Jestem natomiast jak najbardziej przeciwna wpędzaniu się w pracy w jakieś neurozy, rozedrgania, niezdrowe emocje. Niektórzy pracują w ten sposób, że nakręcają swoje emocje, żeby wejść w graną postać.

– Pani tego nie robi?

– Uważam, że w tym zawodzie nie chodzi o to, żeby utożsamiać się z postacią, którą gram. Zależy mi na graniu tematu danej sztuki i mojego stosunku do tego, o czym opowiadam. Dialog z widzem buduję na tym, że uruchamiam jakąś swoją postawę wobec problemu, o którym mówimy, natomiast absolutnie nie na tym, że wchodzę w głąb postaci. Tak jest na przykład w „Lipcu”. Przecież gdyby moim celem było zagranie 60-letniego mężczyzny, który zamordował parę osób, zjadł psa, nie udałoby się zbudować dystansu do samej historii ani odkryć piękna i metafizycznego wymiaru samego tekstu. Takie podejście do aktorstwa jest dla mnie bardziej twórcze i pozwala zachować zdrowie psychiczne. Inaczej nie chciałabym uprawiać tego zawodu, bo myślę, że najważniejsze, co można osiągnąć w życiu, to harmonię.

– Co to znaczy wobec tego: zagrać wiarygodnie? Pokazać punkt widzenia granej postaci, jej prawdę?

– Pokazać jej problem tak, by poruszył on widza. Nie próbować za wszelką cenę stać się postacią, bo przecież widz i tak wie, że stoi przed nim aktorka, a nie lady Makbet. Kiedy patrzę na starych mistrzów, nie widzę tam tego wchodzenia z bebechami w rolę, zatracania się w granej postaci. To jednak był bardziej dialog aktora z widzem niż postaci z widzem.

– Pani podejście do aktorstwa zmieniła praca w Rosji?

– Na pewno tak. Pracowałam tam nie tylko z Iwanem, ale też z Wiaczesławem Kokorinem, mistrzem teatru rosyjskiego, który prowadzi aktorów według metody Michaiła Czechowa [ucznia reformatora teatru Konstantina S. Stanisławskiego – red.]. Rozmawiałam z wieloma artystami, którzy posługują się tą metodą. To nie jest tak, że można ją wziąć jeden do jednego, ale jest bardzo inspirująca.

– Na czym polega?

– Mogę powiedzieć, co ja z niej wzięłam. Nie chodzi o to, żeby koncentrować się na swoich emocjach i przeżyciach, tylko na widzu. To widz ma przeżywać, a nie ja. Bo jeżeli ja będę płakać na scenie i rwać szaty, to widz w najlepszym przypadku powie: „och, jak ona pięknie przeżywa, pięknie rwie szaty”, natomiast jego samego to nie dotknie. Często widzę, że aktorzy dają z siebie wszystko – pot się leje, łzy się leją, krew się leje – a nikogo to nie rusza. Chodzi o to, w jaki sposób organizuje się uwagę widza, trzeba to bardzo precyzyjnie skonstruować.

– Jak więc pani pracuje nad rolą, skoro zagłębianie się w postać nie jest tak istotne?

– Nie chcę zatracać granicy między mną a postacią. Oczywiście, że trzeba dobrze przyjrzeć się postaci, dowiedzieć się, kim jest. Ale koncentruję się na tekście, staram się usłyszeć jego rytm, melodię. Tam jest wszystko – postaci, relacje między nimi, przede wszystkim temat. I uchwycenie tego tematu, wprowadzenie do swojego krwiobiegu po to, żeby – jak to usłyszałam w Rosji – później go nie grać, tylko mieć na scenie, bo to jest coś, co ma wychodzić przez pory.

– Słyszę w pani głosie fascynację Rosją.

– Sztuką rosyjską byłam zafascynowana od wczesnych lat, nie ma drugiej takiej literatury na świecie. Potem spotkałam tam wspaniałych ludzi, którzy potrafili nazwać mi pewne rzeczy, które przeczuwałam. Oczywiście wszystkiego nazywać nie należy, trzeba zostawić miejsce na tajemnicę, ale żeby to była tajemnica, a nie magma. Tam toczą się dyskusje na ważne tematy, bez strachu, że popadnie się w banał. My tak bardzo się tego boimy, że nie rozmawiamy o poważnych sprawach, a jak rozmawiamy, to trochę prześmiewczo, ironicznie, bo to jest w dobrym guście. Oczywiście, że pewna doza ironii jest wskazana, natomiast nie należy bać się poważnych rozmów.

– Ale łatwo wtedy o patos.

– Teraz podejmujemy próbę poważnej rozmowy w sztuce Iwana „Taniec Delhi”, nad którą pracujemy w Teatrze Narodowym. Chcemy po prostu porozmawiać serio o śmierci, miłości, bez zbędnych masek, które sobie nakładamy. Jak czytałam, a potem tłumaczyłam tę sztukę, czułam, że największą jej siłą jest otwartość, odwaga poruszania poważnych tematów bez kamuflażu.

– W Rosji odnalazła pani też świat, który odszedł.

– Moja wrażliwość zgadza się z tym światem. Od momentu, gdy pojechałam po raz pierwszy do Rosji grać w filmie „Córka kapitana” według Puszkina – miałam wtedy 17 lat – poczułam, że będę tam wracać. Czasami tak bywa, że się gdzieś przyjeżdża i od razu człowiek czuje, że to jest bliskie miejsce. I nie wie dlaczego. Nie uczyłam się w szkole rosyjskiego, nikt nie opowiadał mi o Rosji, tata co prawda dużo słuchał Wysockiego, ale to było trochę obok mnie. Rosyjskiego zaczęłam się uczyć, jak poznałam Iwana, i jestem zakochana w tym języku. Kiedy Iwan zaproponował mi rolę w „Tlenie” i przyjechał mnie do niej przekonać – a mówi dużo i szybko – rozumiałam z tego jakąś jedną czwartą. Ale czułam, że chyba mówi coś ciekawego (śmiech). Jak się okazało, że zagram w tym filmie, to siedziałam trzy miesiące i tłukłam tekst, wzięłam też lekcje rosyjskiego. Miałam być dubbingowana, ale tak się zawzięłam, że obeszło się bez dubbingu.

– Ciekawią mnie jednak źródła pani fascynacji Rosją. Czy to nie jest tak, że dziewczynka z zamożnego, dobrego domu rozsmakowała się w prostym, surowym świecie?

– Ja tam trochę dostałam po głowie, takie ciosy w moje ego. Pojechałam i poczułam, że mnie się zrobiło w Polsce za wygodnie. Miałam niezłą pozycję zawodową, wypełniony na rok do przodu kalendarz, bezpieczną posadę w Teatrze Narodowym, którą sobie do dziś bardzo cenię (byłam tam na etacie przez pięć lat). Ale to był taki przewidywalny, bezpieczny, komfortowy scenariusz.

– Większość ludzi tego właśnie pragnie!

– Ale mój organizm się temu sprzeciwia. Zaczyna się od tego, że psychicznie źle się czuję, mam huśtawki nastrojów. Widocznie potrzebowałam jakiegoś impulsu, żeby ten komfort rozwalić. Taki stan usypia, tłumi wewnętrzne pytania, które powinno się sobie stawiać. A ja już niby sobie na nie odpowiedziałam, już wszystko miałam gotowe. I dlatego to był cios pałką w moje ego. Nie chodzi o to, że wcześniej nie dotknęłam prawdziwego życia, ale że okryłam się ciepłą i wygodną kołderką.

– Aktorowi powinno czasem być niewygodnie?

– Aktor, żeby mieć prawo wyjść na scenę, musi mieć coś do powiedzenia. Mówię o żywym aktorstwie, o żywej sztuce, która jest przetrawiona, co nie znaczy, że daje gotowe odpowiedzi. Raczej dzieli się wątpliwościami.

– Jak bliscy przyjęli pani decyzję wyjazdu do Rosji?

– W pierwszej chwili nie było to dla nich łatwe do przyjęcia. Rodzice na ogół chcą, żeby dzieci były blisko, żeby miały bezpiecznie. Pewnie na ich miejscu myślałabym tak samo. Ale przeprowadziliśmy wiele rozmów i mnie zrozumieli.

– Iwan Wyrypajew to trochę niegrzeczny chłopiec…

– Grzeczny, kulturalny (uśmiech).

– Ma za sobą konflikt z prawem, dwa małżeństwa…

– Mam męża rozbójnika z Syberii po przejściach (uśmiech).

– Co jest dla pani ważne?

– Mówiąc najogólniej, staram się przyjmować wszystko takim, jakie jest, zachowując przy tym postawę miłości.

– Buddyjskie podejście.

– Ta filozofia jest mi bliska, ale nie chcę o tym mówić. Jestem na początku drogi, dużo jeszcze przede mną, widzę w tym głęboki sens. Ciągle żyjemy przyszłością, a potem przeszłością. Nie umiemy po prostu być.

– Czy pani nie czuje się outsiderką?

– Jestem introwertyczką, mam wąskie grono wypróbowanych przyjaciół. Jeżeli chodzi o środowisko zawodowe, to rzeczywiście jestem trochę z boku głównego nurtu, ale to moja świadoma decyzja.

– Hollywood panią nie interesuje?

– Mam już za sobą przygodę łódzko-hollywoodzką. Kiedy, głównie w Łodzi, grałam u Davida Lyncha w filmie „Inland Empire”, pojechaliśmy nakręcić kilka scen do Los Angeles. David Lynch z własnej inicjatywy zaprowadził mnie do superdobrego agenta. Rozmowa była krótka. Agent powiedział, że z chęcią się mną zajmie, ale jest jeden warunek: że chociaż dwa lata tutaj pomieszkam i pochodzę na castingi. A ja sobie tego nie wyobrażałam. Tak jak poczułam w Rosji, że to jest moje miejsce, tak ewidentnie poczułam, że Ameryka to nie mój świat. Poza tym miałam ciekawe projekty w Polsce.

– W środowisku panuje opinia, że się pani marnuje.

– Ja też słyszałam, że zniknęłam. Ale tak naprawdę ostatnie miesiące spędziłam na pracy w Polsce. Zrobiliśmy „Lipiec”, w marcu wchodzą do kin „Trick” Janka Hryniaka i „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza z moim udziałem, mamy także premierę „Tańca Delhi” w Teatrze Narodowym, regularnie nagrywam audiobooki: Huxleya, Vesaasa. Nie zniknęłam. I mam się całkiem dobrze.

– To gdzie zbudujecie dom, posadzicie drzewo?

– Mieszkamy tam, gdzie mamy akurat pracę. Teraz częściej pracujemy w Polsce, ale w maju zaczynamy kręcić zdjęcia w indyjskiej części Tybetu. Moje miejsce jest tam, gdzie są moi najbliżsi. A to, na jakiej szafeczce będzie stała moja szczoteczka do zębów, zupełnie nie jest ważne. Może dlatego, że od dziecka dużo jeździłam po Polsce, najpierw z koncertami „Dyskoteki pana Jacka”, potem na zdjęcia do filmów, więc się przyzwyczaiłam? Ale to nie tak, że nic nie jest mi potrzebne. Bywa, że trzeba myśleć trochę za dużo o pieniądzach. A wolałabym nie zaprzątać sobie tym głowy.

Stylizacja Maja Jewiarz-Bartczak, asystentka stylistki Dominika Zasłona, fryzury Paweł Kaleta, makijaż Alicja Stępniewicz.
Karolina Gruszka ma na sobie sukienkę YOUNG POLISH DESIGNERS FOUNDATION/ANNA DŁUGOŁĘCKA oraz sukienkę AGNIESZKA MACIEJAK.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »