Woody Allen – Czy ja wyglądam na Kupidyna?

Nie trzeba go przedstawiać. Ale gdy wchodzi do pokoju, ma się wrażenie, że jest najskromniejszą postacią na świecie. Nieśmiały, z ogromnym dystansem do siebie, z równie dużym poczuciem humoru. Woody Allen. Zwierzył się nam ze swoich romansów, zakpił z Oscara, stwierdził, że dzieci to trochę eksperyment. I że najważniejszą potrzebą człowieka jest miłość…
– „Spełniłem swoje marzenie. Mój bohater robi coś, na co ja nigdy się nie odważyłem” – powiedziałeś o wychwalanym przez wszystkich filmie „O północy w Paryżu”. Co miałeś na myśli?

reklama

– Paryż to zawsze było jedyne miasto, poza Nowym Jorkiem, w którym mógłbym mieszkać. Swego czasu nawet rozważałem, czy się nie przeprowadzić, ale w końcu się nie zdecydowałem. Czy żałuję? No pewnie, że żałuję. Ale kiedy człowiek robi się starszy, staje się wygodny. Przeprowadzka z całym życiowym dobytkiem wydała mi się tak surrealistycznym pomysłem, że odpuściłem. Poza tym, kiedy są dzieci, musisz myśleć także o ich komforcie. Dla nich to byłoby jak przenosiny na Marsa – zmiana szkoły, przyjaciół, otoczenia. Ja spełniałbym swoje fantazje, czyli spacerowałbym po Montmartre, pijał winko w uroczych kafejkach, szukał dla siebie miejsca w alei zasłużonych na cmentarzu Pčre-Lachaise, a moje dzieciaki obmyślałyby sposób, jak się zemścić i wcześniej mnie tam wysłać.

– Pomysłowe diabełki.

– Dzieci są wielką, niewyczerpaną skarbnicą pomysłów. Bywają inspiracją w życiu dorosłych. I wciąż nie rozumiem, dlaczego ten eksperyment się udaje – przecież większość z nas przez całe życie pozostaje dzieckiem. Pomysł, by wychowywać inne dzieci, być autorytetem, radzić, opiekować się, jest tak niedorzeczny, że czasami zastanawiam się, jak te małe istoty dają się na to nabrać. Dorośli uczą się, jak obchodzić się z życiem, nabierają doświadczenia – moim zdaniem nawet foka by się wyuczyła pewnych odruchów – to znaczy, wiemy, że ogień parzy, w wodzie można się utopić, a nadmierna prędkość na drodze może skończyć się wypadkiem. A i tak często zapominamy o tych oczywistościach, nie mówiąc o całej masie innych głupot, które popełniamy. A dzieci najczęściej przymykają oko i udają, że tego nie widzą. Nie chcą nas kompromitować. Wiedzą, że tak naprawdę im zazdrościmy.

– Czego?

– Beztroski. Tego, że dzieciństwo, młodość to czas bezkarnego popełniania błędów. Można szukać, eksplorować, doświadczać. Jako dorosły czujesz, że właśnie wtedy żyłeś najpełniej. Dlatego ludzie często we wspomnieniach wracają do czasów dzieciństwa. Nic nie może się już później równać z pierwszym zerwanym z drzewa jabłkiem, jazdą na rowerze, wygraną bitwą z najlepszym kumplem, wyczekanym pocałunkiem ze starszą od ciebie o trzy lata Daisy… Potem człowiek staje się wyrachowany, pierwsze, proste intencje przestają mieć znaczenie. Wystarczy spojrzeć na to, ile jest rozwodów, ilu ludzi żyje samotnie, jest nieszczęśliwych. Co poszło nie tak? – zawsze zadaję sobie takie pytanie. Także w kontekście swojego życia osobistego, tego, co mi nie wyszło, jak późno osiągnąłem spokój, szczęście.

– W swoich filmach udowadniasz, że najważniejsza jest miłość. Ale człowiek nie jest istotą monogamiczną. Można kochać dwie osoby równocześnie?

– Jasne, dwie to nawet mało. Oczywiście, trzeba się kontrolować. Życie jest dostatecznie skomplikowane, nie należy go gmatwać jeszcze bardziej. Trudno być szczęśliwym. Jeśli nie sprzyja ci los, to prawie niemożliwe. Ale mówiąc poważnie, myślę, że można kochać dwie osoby jednocześnie. Na tym polega piękno i tragedia życia. Wszystko jest możliwe, radość, ból, szczęście, niespełnienie i fakt, że człowiek jest zdolny do tego, by odczuwać te skrajne emocje równocześnie. To esencja życia. Możesz być szczęśliwie komuś poślubiony, ale poznać kolejnego człowieka, którego pokochasz wbrew sobie. Każdy ze związków będzie dostarczał ci czegoś innego. Czy to się nie zdarza? Zdarza się. Mówiąc o kontroli, właśnie to miałem na myśli. Trzeba kontrolować impulsy.

– Łatwo powiedzieć.

– Poteoretyzować można, to fakt, gorzej z realizacją zamierzeń. Też nie jestem za tym, by odmawiać sobie zbyt wielu przyjemności. To pozostawia poczucie bolesnego niespełnienia. Świadomość, że coś nas ominęło albo przez okoliczności zostaliśmy zmuszeni do tego, by to odrzucić, jest straszna. Trzeba potrafić wypośrodkować. Mam znajomych, którzy żyją w otwartym związku. To też nie jest dobre. Ja bym tak nie potrafił. Nie można się umówić na flirt dla sportu. Co to za doświadczenie, że ja będę zdradzał swojego partnera tylko po to, żeby go zdradzać.

– Niektórzy twierdzą, że w ten sposób podtrzymują ogień w związku…

Żeby podtrzymać ogień w związku, to ja wolę żonę zabrać w tropiki.

Gil, bohater twojego najnowszego filmu, nie może się zdecydować, czego chce od życia. Jego przyszła żona pochodzi z dobrej rodziny, jego przyszłość jest zabezpieczona, określona. Niestety, Gil nie czuje się szczęśliwy, stracił wenę do pracy, nie potrafi tworzyć. Zaczyna włóczyć się ulicami Paryża, szukając inspiracji. Przenosi się w przeszłość, poznaje słynnych pisarzy, malarzy oraz kobietę, która dla wielu artystów była muzą. Zafascynowany nią zaczyna rozważać pozostanie w przeszłości.

– Chciałem pokazać, że tęsknimy za tym, czego nie mamy. Wydaje nam się, że coś tracimy tylko dlatego, że tego nie znamy. Swoim filmem chciałem udowodnić, że każde czasy są najlepsze, o ile będziemy wiedzieli, czego od życia oczekujemy. To my kreujemy czas, w którym żyjemy, i nie mówię o rzeczach wielkich, bardziej o przestrzeni wokół nas. Większość z nas idzie na kompromisy z przyzwyczajeń, dla komfortu życia. Decyzja Gila, żeby zmienić swoje życie, choć łączy się z tym, że musi zranić kilka najbliższych osób, jest bardzo odważna. Nie każdego na nią stać. Paryż, podróż w przeszłość stają się tylko katalizatorem pragnień bohatera. On zdaje sobie sprawę, że chce żyć inaczej. W rezultacie nie jest ważne, czy to będzie belle époque, czy czasy nam współczesne, chodzi o jakość życia.

– Gil poznaje Salvadora Dali, Luisa Buńuela, Ernesta Hemingwaya, Pabla Picassa.

Belle époque wygląda pięknie, absynt, tajemnicze kobiety, inspirujące rozmowy, kabaret Moulin Rouge… Ale prawdziwe życie wyglądało zgoła inaczej, przecież tak żyła tylko bohema.

Dokładnie, Gil idealizuje przeszłość dlatego, że jej nie zna. W gruncie rzeczy zakochuje się w swoich wyobrażeniach, a nie w ówczesnej rzeczywistości.

– Prawda jest taka, że te wszystkie słynne osoby miały takie same problemy jak my – dzieci, rozpady związków, niezapłacony czynsz, alimenty, choroby. Gil widzi tylko fasadę. Gdy dokopie się do fundamentów, zrozumie, że nie ma idealnych do życia czasów. Ludzie pędzą za iluzją. Całe życie. Nie potrafimy docenić tego, co mamy, tęsknimy za tym, co mają inni. Zazdrościmy. I nie dlatego, że to jest lepsze, ale dlatego, że jest nowe, inne. Poza tym zawsze łatwiej własne porażki i potknięcia przypisać czasom, a nie źle podjętym decyzjom.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »