Sławomir Mrożek: Opowiem zza grobu

Wikimedia Commons, fot. Michał Kobyliński

Wielki dramaturg i prześmiewca absurdów zdobywa kolejne pokolenia młodych. Jest punktem odniesienia. Latarnią. Autorytetem. Wywiady z nim są jak walka z Muhammadem Alim. Kiedyś tłumaczył za Proustem, że rozmowa to pustoszenie siebie. Zamiast niej dostałem wywiad „jak z Mrożka”. Antywywiad. Leżąc na macie, po tych wszystkich intelektualnych prawych i lewych sierpowych, wciąż jeszcze podnosiłem głowę, żeby zadać kolejne pytanie. Aż Sławomir Mrożek
zechce ze mną skończyć.

Wszedłem dzisiaj do paru księgarni w Krakowie i zobaczyłem wokół pana książek młodych ludzi.

reklama

To jest fenomen. Ja teraz byłem w Katowicach i było wielu młodych ludzi, na przykład dziewczyna, która miała 14 lat, też była na tej imprezie. Pokładam sporą nadzieję w tym fenomenie.

Co mówią?

Nie rozmawiałem długo, bo to problem, w tych kolejkach są też osoby starsze. Siłą faktu nie rozmawiałem z nimi długo, bo były jeszcze osoby kolejne i kolejne, i kolejne. Ale co mogą mówić? [śmieje się]. Jak przyszli, to są pełni uznania dla mnie. I koniec.

Czuje się pan młodym autorem?

Nie, nie czuję się młody. Czuję się coraz starszy.

Z tego zainteresowania młodych wynika, że im jest pan starszy, tym teksty są młodsze.

Tak się składa. Tak.

Umie pan to wytłumaczyć?

Nie. Nie umiem tego wytłumaczyć, bo tyle jest myśli rozmaitych, nie umiem zatrzymać się na tym temacie.

Sam stałem kiedyś w dwugodzinnej kolejce do pana po autograf i zastanawiałem się, czy łatwo jest być Sławomirem Mrożkiem?

Wie pan, też się nad tym zastanawiam, bo jestem Sławomirem Mrożkiem od 82 lat, więc w końcu muszę się nad tym zastanowić.

A co jest najtrudniejsze w byciu Mrożkiem?

Powtarzam to samo.

Czy ludzie pytają pana czasami, jak żyć.

Powtarzam to samo. Nie pytają, bo nie mają okazji. Nie jestem stale z ludźmi.

W Katowicach, gdzie otrzymał pan tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego, mówił pan bardzo osobiście o swojej żonie Marii Obrembie [zmarłej w Berlinie w 1969 roku – przyp. R.G.]: „Za komunizmu ani dla zdrajczyni, ani dla jej męża nie było w Polsce miejsca nawet na pogrzeb”. Wyznał pan, że „dopiero, kiedy Polska osiągnęła niepodległość po raz drugi”, ciało żony zostało przeniesione z Berlina do Katowic.

Wszystko, co robię, jest osobiste. Poza tym, że pewne rzeczy są ogólne.

Powtarzał pan wiele razy, że w życiu najważniejsze jest życie. Są sprawy, których pan żałuje?

Nie odpowiem, bo nie wiem, dlaczego miałbym powiedzieć. Rozumiem, że czytelnicy „Zwierciadła” są ciekawi, tak jak każdy czytelnik tekstu, który pan napisze. Ale ja na to nie jestem w stanie odpowiedzieć.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »