Wojciech Tochman: Bóg powinien piorunem cisnąć

Forum

Reporterem być… Marny zawód, trudny, niewdzięczny! – Czy po ponad 20 latach pracy coś cię jeszcze dziwi? – pyta Robert Rient. – Liczysz na mądrą odpowiedź starca? To się przeliczysz! – odpowiada Wojciech Tochman.

Forum

Jesteś ze sobą pogodzony?

Nigdy bym tak nie zapytał bohatera swojego reportażu. Dziennikarz nie może rozmówcy nabijać na szpileczkę. I to już w pierwszym pytaniu. To może rozmówcę wystraszyć, zamknąć na dalszą szczerą rozmowę. Stawiasz inwazyjne pytanie, od razu chcesz sięgnąć do moich najgłębszych pokładów. Nie powinienem się na to zgadzać. Ale proszę. Jestem kłębkiem sprzeczności, zupełnie niepoukładany. Trudno to tutaj analizować. Już się z tym pogodziłem.

Pisanie ci w tym pomogło?

Nie sądzę. To marny zawód, ciężki, niewdzięczny. Ludzie mówili mi, że nie czytali mojej ostatniej książki, bo wiedzą, o czym ona jest. Napisałem o ludobójstwie, nie było to łatwe, nie spałem nocami przez wiele miesięcy. Rozumiem, że ktoś nie chce czytać o zgwałconych kobietach, o trupach. Nie frustruje mnie to ani nie martwi. Też nie chciałbym tego czytać. To ludzkie, że ludzie nie chcą wiedzieć o ludobójstwie, że się od tego odcinają. Kiedyś opowiadałem po gazetach, że naszą powinnością jest wiedzieć, co się stało w Rwandzie. Mądrzyłem się, że ten, kto nie potrafi powiedzieć 20 zdań na ten temat, staje po stronie katów. Bo kat zwycięża wtedy, kiedy zapominamy o jego ofiarach. To wszystko wciąż racja. Ale dajmy ludziom spokój, niech sobie żyją w swoich wygodnych światach i niech nie przyglądają się naszej ciemnej stronie, skoro los nie stawia ich przed taką koniecznością.

Brzmi to jak zmiana, lekkość.

I ja sobie na tę zmianę pozwalam: codziennie coś sobie amputuję. Bo nie mam siły czegoś dźwigać. Pisząc o ludobójstwie, daję więc czytelnikowi wybór: chcesz – czytaj. Nie chcesz – nie ma sprawy. Znieczulenie i ciach-ciach.

Twoja ostatnia książka „Dzisiaj narysujemy śmierć” jest odmienna – tak jakbyś się coraz bardziej złościł, zamiast uspokajać.

Ktoś, kto dokumentowałby ludobójstwo zimnym okiem obserwatora, budziłby moje podejrzenia. W Rwandzie miałem poczucie, że jestem otwartą raną. Język książki odzwierciedla tamten stan. Czy to była złość? Myślę, że była tam także złość. I szereg innych uczuć. Ale emocje to niekoniecznie egzaltacja, która jest mi obca, mam nadzieję.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »