Leszek Lichota – wywiad

fot.123rf

Nie patrzy wstecz, nie lubi utartych dróg z napisem „TĘDY”. Kiedy płacze? Co dała mu „Wataha”? Po co jedzie do Australii i czy wróci? Leszek Lichota w ogniu pytań Hanki Halek.

fot.123rf

reklama

Miałam zacząć od pytań na temat kreacji aktorskich, ale prawda jest taka: tuż przed naszym spotkaniem cztery dziewczyny powiedziały mi, że jesteś tak fajnym facetem, że nie wyrzuciłyby cię z łóżka. Siłą rzeczy pytam więc – co ty na to?

(śmiech)… To wydaje mi się po prostu zabawne. Nawet nie czuję potrzeby rozwijania tego wątku.

Nie uważasz się za fajnego faceta?

Trudno mi powiedzieć, co to w ogóle znaczy fajny facet… Fajność kojarzy mi się z czymś bardzo młodzieńczym, więc to zjawisko powoli przestaje mnie dotyczyć. Moja młodość powoli ode mnie odpływa (śmiech). Przypominam sobie momenty, kiedy byłem dzieckiem czy nastolatkiem i panowie w moim obecnym wieku wydawali mi się już starcami (śmiech). Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś taki będę. Tymczasem mam 37 lat.

I podobasz się kobietom. Duży, silny. W dodatku płacze przy „Love story”.

Oj tam, oj tam. To było dawno temu i faktycznie wzruszyłem się przy tej historii. Miałem wtedy jakieś 18 lat. Ale nie wracam już do tej lektury, po „Love story” też jest jakieś życie (śmiech).

W którym mężczyzna nie ma prawa do łez?

Oczywiście, że ma prawo do emocji czy nawet słabości. Hamowanie ich jest po prostu niezgodne z ludzką naturą. Lepiej dać im szansę w płaczu niż kolekcjonować je, a potem nagle pozwolić ujść emocjom na stadionie przy udziale bejsbola. Na szczęście nasza rzeczywistość powoli – ale jednak – się zmienia. Jesteśmy w moim odczuciu w punkcie pomiędzy starym myśleniem, że facet nie płacze, a nowym, w którym daje mu się na to społeczne przyzwolenie. Mam nadzieję, że to kwestia kilkunastu lat, że wkrótce te wszystkie sztywne i sztuczne podziały na macho i domową kurę będą passé, że będzie po prostu zwykłym obciachem tak w ogóle mówić i myśleć.

Kiedy więc ostatnio płakałeś?

Wzruszam się przy bajkach, które od czasu „Shreka” robione są przez fachurów najwyższych lotów, ludzi doskonale wiedzących, jak i kiedy wycisnąć z człowieka łzę. Idę w to po całości. Ale wzruszają mnie nie tylko bajki. Niedawno widziałem film „Pogorzelisko”, francusko-kanadyjską produkcję o życiu paru osób na tle konfliktów religijnych. Nie było ze mnie co zbierać. Po prostu mokra ścierka.

Masz dwójkę dzieci, byłeś przy ich porodach…

Bardzo chciałem być przy mojej kobiecie, zobaczyć, jak to się odbywa, dotknąć czegoś nowego, wcześniej kompletnie niewyobrażalnego, i jak się okazuje, absolutnego. Nie wyobrażam sobie, żebym nie był świadkiem narodzin własnych dzieci. Na szczęście mam też nerwy ze stali, więc nie mdlałem, nie taka była wtedy moja rola. Nagrywałem cały proces, żeby dzieciaki miały pamiątkę.

A jakim ty byłeś chłopczykiem?

Radosnym, beztroskim. Miałem podwórko, na którym kilkanaście dzieciaków bawiło się w wojnę albo wieszało liny na drzewach, żeby mieć swój małpi gaj. Mam dwóch braci, więc w domu było równie wesoło: trzech chłopaków, ja najmłodszy – z jednej strony, oczywiście, rodzynek, z drugiej obiekt do przeróżnych eksperymentów typu: „Ty, leć to wypróbuj”. Moi bracia, z którymi lubimy się bardzo do dziś, byli też dla mnie dużym wsparciem. Adam na przykład w ciągu trzech miesięcy nauczył mnie matematyki. Wszystkiego, czego przez osiem lat nie mógł dokonać żaden belfer.

Jak to zrobił?

Intensywnie nade mną siedząc, wychwytując każdy błąd i za każdy dając mi kuksańca.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »