„Lion. Droga do domu” już w kinach

mat. pras./ forumfilm.pl

Debiutujący w reżyserii pełnego metrażu Garth Davis oraz producenci nagrodzonego Oscarem „Jak zostać królem” stworzyli wzruszający obraz o miłości do rodziny i determinacji do odnalezienia jej na drugim końcu świata. Inspiracją stałą się prawdziwa historia.


Debiutujący w reżyserii pełnego metrażu Garth Davis oraz producenci nagrodzonego Oscarem „Jak zostać królem” stworzyli wzruszający obraz o miłości do rodziny i determinacji do odnalezienia jej na drugim końcu świata. Inspiracją dla filmu stała się prawdziwa historia biznesmena Saroo Brierley’a, którą opisał w autobiograficznej powieści „Długa droga do domu”.

reklama

Hinduska wioska, lata 80. Pięcioletni Saroo wychodzi wieczorem z domu ze starszym bratem Guddu, by pomóc mu przy zbieraniu węgla i kamieni. Nocna praca jest głównym źródłem utrzymania biednej rodziny. Niestety chłopiec zasypia w stojącym na stacji pociągu, który nad ranem odjeżdża w dal. Pięciolatek trafia do oddalonej o setki kilometrów Kalkuty. Nie ma grosza przy duszy, nie zna języka i nie wie, gdzie się znajduje… Saaro daremnie usiłuje wrócić do matki, siostry i brata, w końcu trafia do pewnej pary w Australii. Ale po dwudziestu pięciu latach wspomnienia wracają i dorosły już bohater postanawia odnaleźć prawdziwą rodzinę. Okazuje się to bardzo trudne.

„Lion. Droga do domu” jest niejako podzielony na dwie części. Pierwsza to filmowa podróż przez Indie – zdjęcia Graiga Frasera naprawdę zapierają dech w piersiach. Oglądamy pustynne zakurzone wioski i kilometry torów kolejowych z lotu ptaka oraz tętniące życiem miasto z perspektywy mrówki. Twórcom bardzo zależało na możliwie najwierniejszym pokazaniu rzeczywistości, której Saaro doświadczał podczas swojej wędrówki. Eksperymentowali więc z różnego rodzaju kamerami i typami ujęć. W efekcie powstała prawdziwa uczta dla oka – choćby dla tych zdjęć warto obejrzeć ten obraz! Podobnie wyjątkowy jest też Sunny Pawar w roli małego Saaro. Nic więc dziwnego, że to właśnie on zwrócił uwagę reżysera podczas castingu z udziałem kilkuset chłopców. Niezwykła uroda i naturalność gry sprawia, że Pawar kreuje według mnie jedną z najlepszych ról dziecięcych w światowym kinie.

Akcja drugiej części filmu rozgrywa się w większości już na początku XXI wieku w Tasmanii. Kontrastowość w stosunku do pierwszej połowy filmu polega na licznych ujęciach wody, która otacza australijską wyspę, oraz na pokazaniu zupełnie odmiennej kultury, w której wychowuje się Saroo. W nowego Saroo wcielił się Dev Patel – brytyjski aktor hinduskiego pochodzenia, znany z udziału w „Slamdogu. Milionerze z ulicy” oraz „Hotelu Marigold”. Po raz kolejny udowodnił swój talent i wydaje mi się, że całkiem zręcznie zdołał uciec od roli Jamala Malika ze „Slumdoga”. Obawiałam się powtórki kreacji sprzed lat, ale spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Na potrzeby roli Patel zapuścił długie włosy i przytył parę kilogramów, aby upodobnić się do prawdziwego Saroo Brierley’a. Reżyserowi zależało na tym, aby głównego bohatera zagrał aktor o podwójnej tożsamości, któremu łatwiej będzie wczuć się w atmosferę. Rola australijskiej matki przypadła Nicole Kidman – wypadała w niej znakomicie. Ważną postacią jest również Lucy, sympatia Saroo, zagrana może nie wybitnie, ale całkiem przekonująco przez Rooney Marę, która wcześniej mogliśmy oglądać w „Dziewczynie z tatuażem” oraz „Carol”.

Twórcy filmu doskonale zestawili dwa światy, w których musi odnaleźć się bohater. Życie w zamożnej australijskiej rodzinie przeplata się nieustająco z przewidzeniami oraz wspomnieniami Saroo z wioski w Indiach. To opowieść o rodzinie, która okazuje się najważniejsza, oraz o wewnętrznym przymusie poszukiwania swoich korzeni i tożsamości. Już dawno nie zetknęłam się w kinie z sytuacją, w której z każdej strony dobiegały do mnie dźwięki płaczu i pociągania nosem ze wzruszenia przy co trzeciej scenie! Co ważne, twórcom udało się uciec od banału, co przy produkcji tego typu jest niezwykle trudne. Duża w tym zasługa przede wszystkim Davisa, który, przygotowując się do pracy, wiele podróżował po Indiach, szczególnie po miejscach związanych z fabułą, nie raz rozmawiał z Saroo Brierley’em oraz był świadkiem pierwszego spotkania obu jego matek. A skąd „lion” w tytule? Odpowiedź w filmie.

Obraz przepięknie nakręcony, ze świetnymi rolami i przede wszystkim niesamowitą historią, która, jestem przekonana, nikogo nie pozostawi obojętnym. Czyżby jeden z głównych pretendentów do tegorocznych Oscarów? Przekonamy się.