„Listy do Małgosi” – fragment książki

23 czerwca, rok temu pożegnaliśmy popularną aktorkę, Małgorzatę Braunek. Tuż przed pierwszą rocznicą jej odejścia Wydawnictwo Zwierciadło wydało książkę „Listy do Małgosi” napisaną przez zaprzyjaźnionego z nią Artura Cieślara.
Artur Cieślar, po odejściu Małgorzaty Braunek, z którą przyjaźnił się przez wiele lat, zaczął pisać do niej listy.

reklama

Ich codziennym rytuałem była poranna rozmowa telefoniczna. Gdy jej zabrakło, listy zastąpiły mu te codzienne dyskusje.

W listach wspomina ostatni rok jej życia, rozmowy z nią i – odejście.

To nie tylko świadectwo żałoby. To świadectwo ludzkich uczuć – trwalszych niż śmierć.

To rozmowa, w której druga osoba milczy i wykazuje się – tak, jak to bywa w relacji przyjaciół – umiejętnością słuchania.

O autorze:

Artur Cieślar – filolog romanista, pisarz, reportażysta, podróżnik. Jego dewiza brzmi: świat zapisany i sfotografowany umiera wolniej. Interesuje się kulturą i duchowością Wschodu, w teorii i w praktyce. Pisze, fotografuje, maluje obrazy, projektuje wnętrza inspirując się estetyką Azji.
Na jego rozwój duchowy miały wpływ trzy postaci – tybetański lama Tenga Rinpocze, Ryotan Tokuda Roshi, mistrz zen i lekarz medycyny chińskiej, oraz Bert Hellinger, niemiecki terapeuta.

Fragment książki:

Zdarzają się śmierci piękne, pełne znaczenia, którym towarzyszy rodzaj otwartości i świetlistości. Zdarzają się też śmierci trudne, pod znakiem bólu; długotrwałe, z naszego punktu widzenia bezsensowne agonie, toczące się w cieniu rozpaczliwej walki z nienazwaną i nieprzekupną Siłą. Jedno może nas napawać względnym optymizmem – sama śmierć nie trwa nigdy tak długo, jak długo trwało życie. Ale też prawdą jest, że po niej nic już nie wygląda tak samo.

Ta książka jest zapisem żałoby – stanu, który przeżywamy, gdy tracimy bliską nam osobę, w moim wypadku – przyjaciółkę. Nie pierwszą zresztą, którą zabrał mi rak. Jednak wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju, której pamięć chciałbym kultywować.

Listy do Małgosi. Jabłoń kwitnie zawsze to zapis wspomnień i myśli, które tej żałobie towarzyszyły. Spisane stają się dobrym, ciepłym domem. Jeśli w tych listach, które pisałem do osoby nieżyjącej, choć nadal we mnie żywej, ktoś znajdzie dla siebie odrobinę egzystencjalnej otuchy, będę spełniony.

Moja żałoba nie dokonywała się ani w rozpaczy ani w niezgodzie, co uważam za swoiste błogosławieństwo. Kto wie, czy właśnie to nie jest najpiękniejszym prezentem, jaki otrzymałem od Małgosi Braunek? Jej śmierć jeszcze bardziej otworzyła mnie na drogocenność czasu, który został nam dany, i ciała, które wszyscy, bez wyjątku, kiedyś pozostawimy.

Małgosia należała do wszystkich tych, którzy ją kochali, cenili, którzy się na niej wzorowali, a zainspirowani jej przykładem stawali się odważniejsi w swoich życiowych wyborach. W tym sensie była naszym wspólnym dobrem. I każdy miał z nią własną, osobistą relację.

Dla mnie Izabela Łęcka, Oleńka, przyjaciółka, także na drodze duchowej, mądra i dobra, pełna życzliwości kobieta, z zawsze otwartym sercem. Dla innych także żona, matka, babcia. Dla wszystkich – właścicielka najpiękniejszego w Polsce uśmiechu, który już na zawsze zachowamy w sercach.