Łódź Borysa Szyca

Łukasz Gawroński

reklama

Pierwszy sukces przyniósł mu spektakl „Bambini di Praga”  według Hrabala w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Za rolę Bucefała otrzymał Feliksa. I tak już zostało. To znaczy z tym sukcesem. Szyc równie swobodnie czuje się w teatrze, w filmie, a ostatnio O czym marzy? „Żeby z mojej córki Soni wyrosła twarda kobitka z charakterem!” – śmieje się najbardziej chłopięcy tatuś pod słońcem.

Przedszkole

Miałem najfajniej ze wszystkich dzieci. Ja i mój kolega Tomek Koszmider mieszkaliśmy naprzeciwko przedszkola, więc gdy panie wyprowadzały nas latem do ogródka, to łatwo było wyjść przez siatkę i uciec do domu. Ogródek przedszkolny i nasz dom dzieliły dodatkowo garaże, które były ważnym punktem w życiu małego chłopca, bo musiał z nich skoczyć, żeby poczuć się bardziej męski.

Nosiłem oczywiście jak każdy wtedy rajtuzy, które dostarczały mi strasznych przeżyć i upokorzeń. Zawsze były trochę przydługie, więc się w nie człowieczka wkładało i wciągało maksymalnie do środka, a gumka aż do sutków podchodziła. Trauma rajtuzowa przechodzi najwyraźniej z pokolenia na pokolenie. Teraz ja tak wciągam córkę, ale ją dla odmiany to bardzo śmieszy.

W przedszkolu kochałem się w pani Krysi, wychowawczyni. Z nią byłem na pierwszej randce w życiu w Horteksie przy Piotrkowskiej. Mama założyła mi na tę okazję białą koszulę, zawiązała aksamitkę oraz dała kasę, żebym mógł się poczuć facetem. Jedliśmy lody. (Szalałem za takimi z advocatem, bo chyba bardzo mnie już wtedy ciągnęło do trunków). Nie poruszaliśmy żadnych ważnych tematów, ale to było dla mnie ogromne przeżycie. Nie wiedzieć czemu, starsze dziewczyny zawsze mnie pociągały. Może przy nich czułem się jakiś taki bardziej dojrzały? Ostatnio Krysia spotkała się z moją mamą i zadzwoniły do mnie. Bardzo jest zawsze podniecona, gdy gdzieś coś o mnie przeczyta.

Dom

Róg Czerwonej i Wólczańskiej. Tu mieszkałem od urodzenia aż do wyprowadzki do Warszawy na studia. Moja mama potem też się stąd wyniosła. Pojawił się, nie wiedzieć skąd, prywatny właściciel, choć wcześniej powiedziano nam, że prawowici właściciele nie żyją. To były pewnie jakieś machloje. No, ale przyszedł ktoś, kto dowalił kosmiczne czynsze, i musiała się skończyć przygoda z piękną, starą, przedwojenną kamienicą, z mieszkaniami wysokości czterech metrów. Nasze miało 120 mkw., a sam pokój stołowy – 44. Gdy przyjechałem do Warszawy, okazało się, że kawalerka na własność to już jest całkiem niezły metraż. Teraz już jednak na szczęście wszystko sobie odbiłem, mieszkam na 150 m w przedwojennym domku.

Moja mama ma na imię Karina, to ona mnie wychowywała. Zawsze gdy spotykam jakąś inną Karinę, to mi się cieplej robi. Mama zawsze była osobą bardzo silną, twardą, ambitną i niepoddającą się losowi, który ją doświadczał dosyć mocno. Trudno jest przecież wychowywać samodzielnie dziecko, pracować i próbować się jeszcze jakoś spełnić (jest architektem wnętrz). Wszystko mi zapewniła. Gigantka prawdziwa. Choć kochałem mamę, byłem wredny i ohydny, myślę, że my, dzieci, umiemy okazywać uczucia do jakiegoś piątego roku życia, a potem… ciężko to przychodzi.

Mama broniła się bardzo przed moim wyjazdem do Warszawy, bo poznała trochę środowisko aktorskie, zna paru zmęczo-nych życiem alkoholików i kilku pogiętych psychicznie. Chciała więc jak każda mama zapewnić mi bezpieczniejszy zawód typu lekarz albo prawnik. Teraz wygląda jednak na zadowoloną. Przeniosła się do Warszawy i próbuje sił na nowo. Pewnie trudno jest osobie pięćdziesięcioparoletniej całkiem zmieniać środowisko, ale na szczęście ja już jestem dużym chłopcem. Teraz ja mogę jej pomóc.

Podstawówka nr 46 im. Józefa Chełmońskiego

Dała mi same dobre rzeczy. W ogóle miałem szczęście do szkół. Na środku korytarza jest ogromny obraz Chełmońskiego z paletą w ręku. Podziurawiony trochę, pomalowany kredkami.

W szkole nawiązałem parę przyjaźni, które trwają do dzisiaj. Moja przyjaciółka Marta GrzeliŃska jest chrzestną mojego dziecka. Raz tylko, w piątej klasie, eksperymentowaliśmy z miłością, ale doszliśmy do wniosku, że nie chodzi o miłość, tylko o przyjaźń. Jestem chomikiem, więc mam z tamtych czasów wszystkie listy, pamiętniki, listy miłosne, minikarteczki typu: „Myślę o tobie, nawet jak cię nie ma”, pocztówki. Każdy rok opisany. To są moje skarby. Trzymam je w szkatułce, takim moim świętym Graalu. Jak mam zły humor, to sobie ją otwieram i lecę tak przez swoje życie.

Moja dziewczyna z czasów od pierwszej do trzeciej klasy nazywała się Ewa Kalamat. Bardzo się w niej kochałem. Miała długie włosy, prawie do pupy. Nasza jedyna pieszczota erotyczna, nazwijmy to tak, polegała na tym, że ona siedziała w ławce, a ja za nią, i tych jej włosów sobie dotykałem. Bardzo niewinne i bardzo wyrafinowane. Mój dziadek miał rodzinę w Niemczech, więc zdarzyło mi się dwa czy trzy razy tam pojechać. Przywoziłem Ewie ołówki, kolorowe gumki do ścierania, piórniki. Miała całą kolekcję. Ale kiedyś nie dała mi już dotykać włosów. To co? To się obraziłem. To był koniec naszej miłości.

Później była Kaśka Rosłońska. Silna namiętność. Z nią się pierwszy raz pocałowałem z językiem. W siódmej klasie albo szóstej. Byłem tak z siebie zadowolony i dumny! Wiedziałem, że od tej pory już nikt mi nie podskoczy, bo ja już to robiłem! To były czyjeś urodziny, granie w butelkę. Ci, których połączyła butelka, wychodzili do łazienki na dwie minuty. Co tam robili, to już od nich zależało.

Potem mój kolega Damian się kochał w Kaśce i ja  w odwecie walnąłem go z tak zwanej główki. Miał guza na czole, pierwszy raz w życiu widziałem guza na czole. Damian dostał wstrząśnienia mózgu, a mnie chcieli wyrzucić ze szkoły.

LO nr 26

Ze słynną dyrektor Falak Danutą, która była bardzo ostra i z pozoru oschła, tak naprawdę jednak strasznie kochała tę szkołę, prawie w niej mieszkała. W podstawówce byłem olimpijczykiem z geografii, więc dostałem się do tego bardzo dobrego liceum bez egzaminów.

Ponieważ nie miałem egzaminów, tylko rozmowę kwalifikacyjną, to ją sobie olałem. Zachowałem się jak pajac i zamiast do klasy menedżerskiej, jak chciałem, trafiłem do klasy humanistycznej. Było w niej tylko dwóch chłopców. Mama przeraziła się, że zostanę homoseksualistą, więc przeniosła mnie do klasy biologiczno chemicznej, w której spędziłem półtora roku. Myślałem nawet o medycynie, bo nigdy nie obawiałem się trupów i cięcia, potem udało mi się jednak przenieść do klasy menedżerskiej.

Po lekcjach całymi godzinami ślęczałem przed telewizorem i oglądałem teledyski Michaela Jacksona. Robiłem to zresztą od dziecka. Ćwiczyłem ruchy, tańczyłem i śpiewałem. To mi zostało do dziś. Tańczę, śpiewam, non stop mówię sam do siebie. Na ulicy też mi się to często zdarza. Na szczęście teraz są te zestawy słuchawkowe, więc ludzie myślą, że z kimś innym rozmawiam przez telefon.

 

Dyrektorka Danuta organizowała festiwal. Każdy, kto coś tworzył, pisał, rysował, malował, uklecił cokolwiek, mógł to pokazać innym. Tak nawiązałem największą moją przyjaźń męską – z Marcinem Nowakiem, z którym widuję się codziennie do dziś, bo mieszka obok mnie na Saskiej Kępie. Zaczęło się od tego, że kochaliśmy się w tej samej dziewczynie i nienawidziliśmy się z tego powodu strasznie. Ona wybrała jego, skurczybyka. Ale później go zostawiła. Ja i Marcin pogodziliśmy się na 40-osobowym wyjeździe do Zakopanego i od tamtej pory wszystko robiliśmy razem.

Na szkolny festiwal przygotowaliśmy jednoaktówkę Mrożka „Serenada”. Zrobiliśmy scenografię – był to kurnik, w którym siedziały trzy kury, czyli nasze koleżanki. Ja byłem kogutem, który je pilnował, a Marcin lisem, który przychodził, żeby je poderwać. Pierwszy raz stanąłem na scenie – to było dla mnie niesamowite przeżycie, przyjemne, mrowiące. To ciągnie. Jest to pewnie jakiś rodzaj egocentryzmu, bo lubisz być w centrum, lubisz, jak na ciebie patrzą. Nie jestem zwolennikiem zostawania aktorem z racji chęci zabicia swoich kompleksów albo otworzenia się. Może to wielu ludziom pomogło. Ja zostałem aktorem, bo czułem, że tak musi być. Jest mi z tym po prostu dobrze. Poczułem, że jestem performer i muszę występować. I już.

Ulica Żubrowa

Do pubu na Żubrowej uciekało się z lekcji, piło się piwo, paliło fajki. Robiłem to wszystko. Byłem niegrzecznym chłopcem. Przede wszystkim jednak na Żubrowej prowadziliśmy rozmowy na temat naszych marze . Ja marzyłem już wtedy, żeby zostać aktorem. Nakręciliśmy tam z kumplami 200 filmów, w naszych głowach oczywiście. Przeczytaliśmy mnóstwo książek, zrobiliśmy tysiące projektów. Te pomysły się z nas wprost wylewały. Odbywała się tu taka duchowa współmotywacja, powiedzmy.

Borys SzycDużo romansów też pamiętam, bo na zewnątrz rosło mnóstwo krzaków. Byłem kochliwy, ale żeby wszystko było jasne, nie kochałem tych wszystkich kobiet naraz, tylko po kolei… Pisałem wiersze, podchodziłem do miłości bardzo poetycznie. Oczywiście byłem też stałym bywalcem toalety, w której stawaliśmy się dorośli. Miałem kolegę, który jarał najpierw papierosa normalnego, a palce miał owinięte kartką papieru, żeby mu nie śmierdziały. Po czym palił mewę miętową, żeby mu nie śmierdziało z gęby. Jakby to coś zmieniało. Był wtedy szał na papierosy Westy Ice. Jakieś takie niby lodowe.

Blue Monday

Klub bilardowy (już go nie ma niestety) stał się moim drugim domem. Byłem zapalonym graczem, do tej pory zresztą jestem, ale wtedy grałem codziennie. To było jedno z moich pierwszych źródeł dochodu, bo oczywiście grałem na pieniądze. Jak się dobrze grało, to sporo można było wygrać. Zdarzało się też wtopić troszeczkę, ale byliśmy tam taką szajką bluemondayowską, która dokładnie wiedziała, jak kto gra. Grałem głównie z moim przyjacielem Mikołajem, z którym siedziałem w jednej ławce w podstawówce, chyba że nas rozsadzali, bo już nie dało rady. Mikołaj mieszka teraz w Irlandii, ale utrzymuję z nim kontakt do dziś.

Rave

Zawsze my we dwóch. Mikołaj i ja. Na dyskotece kółko tańczących, a my w środku robiliśmy show. Mój chrzestny miał dyskotekę na Widzewie, Dagor to się wtedy nazywało. Chodziło się tam co weekend. Boże, co to były za czasy! Ta muza tam tak naprawdę była straszna. Niekończący się utwór przez cały wieczór. Chamskie bity.

Łódź była miejscem, w którym rozkwitł tzw. rave. W pierwszych rave’owych klubach każdy miał białe rękawiczki, gwizdek, dookoła błyskały ultrafioletowe światła. Wyobrażasz sobie, jak cała dyskoteka macha łapami i gwiżdże? Na tym to polegało. Mikołaj robił sobie jeszcze na czole ultrafioletowym mazakiem różne głupie napisy.

Za młodu to się oszczędzało, więc się nie piło w klubie, tylko przed wejściem – raz, raz na ławce z kolegą. Sam próbuję sobie siebie wyobrazić w tym wydaniu – to musiało być straszne i śmieszne zarazem.

Konie

Pół mojego życia to jeździectwo. Skoki przez przeszkody w łódzkim Klubie Jeździeckim. Tam zaczynałem. Oczywiście mama mnie w to wkręciła. Sprzedała obraz Kossaka, żeby mi kupić konia. Później go utrzymywała, walczyła o to bardzo.

To była kobyłka koloru złotego, nazywała się Brama. Musieliśmy ją sprzedać, gdy dostałem się do Szkoły Teatralnej w Warszawie. Brama nadal wygrywa mistrzostwa Polski. Chciałbym ją kiedyś odkupić, nawet jakby miało to być jej dożywocie.

Lofty w Starej Przędzalni

Promuję je troszkę. Zawsze marzyłem o takim lofcie, jakie są w Nowym Jorku. I tu, w starej fabryce, miejscu, gdzie Wajda kręcił „Ziemię obiecaną”, Australijczycy budują piękne lofty, trzypoziomowe, z wielkim tarasem.

Łódź jest w ogóle pod względem architektury fabrycznej miejscem unikalnym. Do niedawna jednak nikt nie miał pomysłu, jak to wykorzystać. Teraz powstają genialne, ogromne inwestycje. Księży Młyn na przykład czy Centrum Manufaktura po odnowieniu zabytkowego zespołu fabrycznego Izraela Poznańskiego.

Liczę na to, że łódź będzie się rozwijać. Być może wróci też do swojej świetności centrum filmowego. Jest już Camerimage. We wrześniu odbędzie się festiwal Wena dla internautów. Każdy może wysłać swoją MP3 kę.

Teraz nie mogę się przeprowadzić z powrotem do Łodzi. Ale co będzie kiedyś? Nie wiadomo.