„Lot nisko nad ziemią” – powieść, od której nie można się oderwać

„Lot nisko nad ziemią” to doskonale napisane studium życia współczesnej kobiety – jej marzeń, szczęścia i rozpaczy. Książka ukazuje się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.
Sławka poznałam w przedszkolu. Stanął któregoś piękne­go dnia w progu i zachowywał się jakby przyszedł odebrać dziecko. – Pan po kogo? – zapytałam, bo tego dnia pracowałam „na popołudnie”.

reklama

– Po Kacpra – wyjaśnił krótko.

Kacper był jednym z najtrudniejszych dzieci w grupie. Dziś pewnie byłoby widać, że dzieciak idzie w kierunku ADHD, ale wtedy był po prostu niegrzeczny, karany na każdym kroku i znienawidzony powszechnie przez moje koleżanki. Mnie było chłopczyka po prostu żal. Zaniedbany, często brudny i w butach po starszych braciach, był jednak dzieckiem niezwykle kreatywnym, pogodnym, lubił rysować i pięknie śpiewał. Ja sama zajmowałam się nim, kiedy tylko mogłam.

– Pan jest tatą Kacpra? – zaatakowałam.

Chciałam gościowi powiedzieć, że jest kompletnie nieod­powiedzialny. Kacper jest dzieckiem zaniedbanym, wymaga systematycznej pracy i starań, a nie tatusia z doskoku.

– Nie – gość zamachał rękoma. – Prawdę mówiąc, to dziecko mojej sąsiadki. Zadzwoniła do mnie, to znaczy nie do mnie, tylko do mojej mamy, bo ja, wie pani, mieszkam z mamą… Z mamą i tatą…

Miałam dosyć tego faceta. Było już kilka minut po czasie, wszystkie dzieci odebrane. W przedszkolu zostaliśmy tylko ja i Kacper. Źle się czułam tego dnia, chciałam iść do domu i zwinąć się w kłębek. Kacper wielokrotnie zostawał dłużej w przedszkolu, a żadne rozmowy dyscyplinujące z jego matką nie pomagały. Nie powinnam wydawać dziecka „sąsiadowi”. Szkoda, że jeszcze nie powiedział, że jest znajomym babci dziecka. Ale właśnie tym mnie ujął. Bo Sławek był szczery i tak przyzwoity, że nie mógł patrzeć, jak matka po raz kolejny dzieciaka zostawia. Poszliśmy na spacer. Wzięliśmy Kacpra za rękę, ja zamknęłam przedszkole i poszliśmy przed siebie.

Teo­retycznie rzecz biorąc, nie mogłam oddać dziecka, które po­wierzono mi pod opiekę, obcemu mężczyźnie, dlatego sama poszłam go odprowadzić do domu. Myślałby kto, że byłam taka dobra. Miałam dwadzieścia trzy lata i zakochałam się w Sławku od pierwszego wejrzenia. Podobał mi się ten niski mężczyzna o aksamitnym głosie, szczerym spojrzeniu zielo­nych oczu i krótkiej ciemnej czuprynie, w której pobłyskiwały pierwsze, bardzo nieśmiałe jeszcze, srebrne włoski. Nie byłam kobietą pożądaną, budzącą w chłopcach czy mężczyznach za­interesowanie, ale czułam, że i dla niego ten spacer ma wielkie znaczenie. Niewiele mówiliśmy, głównie wymienialiśmy się uwagami na temat sytuacji Kacperka, półgębkiem, ponieważ dziecko nas słuchało, a i przy każdym otwarciu ust para bu­chała nam spomiędzy warg. Ciepło mieszało się z zimnem, nasze głosy zapętlały się w cichym parku, Kacper ściskał nas oboje za ręce. Robiliśmy coraz szerszy łuk, żeby za szybko nie trafić do domu, gdzie mieszkało „nasze” dziecko. Nad nami migotały gwiazdy, śnieg wyjątkowo nie przypominał zmarz­niętej brei, tylko srebrny puch. Mnie serce topiło się ze szczę­ścia, Sławkowi też, jak mi potem powiedział. Stanęłam pod blokiem, w którym mieszkali Sławek i Kacper. Nachyliłam się niezdarnie w kierunku małego i pogłaskałam go po głowie, właściwie po ciężkiej czapce z pomponem, i powiedziałam, żeby uważał na siebie. Bez sensu zupełnie. Przecież na takiego malca rodzice powinni uważać. Sławek chwycił mnie za rękę i wygłosił płomienną mowę o tym, że na świecie są jeszcze fantastyczne panie przedszkolanki, które dzieci kochają jak własne. Ja się zrobiłam czerwona i nie wiedziałam, co powie­dzieć. Wreszcie pożegnaliśmy się krótkim „do widzenia”, ja odwróciłam się na pięcie i poszłam na przystanek autobuso­wy, a on z Kacprem do klatki. „Przecież możemy się już nigdy nie spotkać”, kołatało mi w głowie, nie zapytałam, jak ma na nazwisko, pod jakim numerem mieszka, czy znów przyjdzie po Kacpra. Jednocześnie byłam najzupełniej pewna, że oto los przyniósł mi mojego towarzysza życia, drugą połowę jabłka, pomarańczy czy medalionu. Wiedziałam, że on albo przyjdzie znów do przedszkola, już nie po Kacpra, ale po mnie, albo znajdzie mnie w inny sposób.

Cały wieczór wymknął mi się z pamięci, bo mimo że w domu, wciąż myślami byłam na tam­tym spacerze, a endorfiny buchały ze mnie niczym para z ust. W głowie mi się kręciło, serce waliło, a radio grało piosenki tylko dla mnie. Słowem, doświadczyłam nagłego, ciężkiego zakochania. Matka wołała mnie na kolację, przecież ciągle mieszkałam z rodzicami, w tamtych czasach trudno było iść na swoje, a ja krzyczałam zza zamkniętych drzwi, że mam pra­cę zleconą. „Jaką pracę zleconą?”, jej głos przebijał się przez huk nad nami, najwyraźniej ktoś wieczorami remontował mieszkanie. „Przecież nic nie słychać, huk z góry i jeszcze ra­dio ryczy!”. Nic mnie nie obchodziło. Zatroszczyłam się tylko o staranny przyodziewek na dzień jutrzejszy, bo przecież Sła­wek na pewno przyjdzie pod przedszkole, i poszłam spać, snu­jąc marzenia o naszym wspólnym życiu i tym, ile dzieci bę­dziemy mieli. Chciałam od razu dwójkę, najlepiej bliźniaki, albo rok po roku, najpierw chłopczyka, potem dziewczynkę, chociaż było mi wszystko jedno, byle dziecko zdrowe było. Po­tem jakieś dwa lata przerwy i jeszcze jedno, no, może gdyby się okazało, że jednak ciężko, to trzy lata. Ale na pewno trze­cie dziecko, a po jakichś dziesięciu latach, kiedy te pierwsze już będą nastolatkami, wtedy jeszcze jedno, na deser, na sta­rość, dla radości naszych oczu. Zasnęłam, pchając wózek z bliźniakami, w ciąży z trzecim dzieckiem, kiedy zegar z ku­kułką wybijał trzecią nad ranem.

Fragment pochodzi z książki „Lot nisko nad ziemią”, Ałbena Grabowska, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 336. „Lot nisko nad ziemią” do kupienia w naszej księgarni.