Magda Umer: Mam odrobione lekcje

fot. Jacek Poremba

Ta sama burza włosów, ten sam młodzieńczy uśmiech, te same smutno-wesołe oczy. I jedyny taki, niezmiennie ciepły głos, w którym rozkochuje nas od lat. Magda Umer wydaje się tajemnicza, osobna, niedostępna. I nic dziwnego – znika na długie lata, rzadko koncertuje. Dobra wiadomość dla jej fanów – właśnie ukazała się nowa płyta „Duety. Tak młodo jak teraz”.

reklama

„Tak młodo jak teraz”. Brzmi intrygująco.

To tytuł pięknej piosenki Jasia Wołka z muzyką Janusza Strobla, którą na płycie „Duety…” śpiewam z Piotrem Machalicą.

A zarzekałaś się – w tytule płyty wydanej w 1994 roku i w rozmowie ze mną – że „wszystko skończone”. Skąd ta zmiana? 

Wydawnictwo MTJ, w którym wydałam dwie poprzednie płyty, zaproponowało mi jakiś czas temu, żebym zaśpiewała, co chcę i z kim chcę. Dostałam więc nieprawdopodobnie kuszącą propozycję. Od tamtej pory upłynęło sporo czasu, ale w końcu stało się. Jest płyta, na której śpiewam piosenki wspaniałych autorów ze wspaniałymi artystami: Piotrem Fronczewskim, Krysią Jandą, Staszkiem Soyką, Grzesiem Turnauem, Anią Jopek, Piotrem Machalicą, Januszem Stroblem, Wojtkiem Waglewskim, Januszem Gajosem, Maćkiem Stuhrem, Arturem Andrusem i na koniec z czasem.

Z kim?

Z czasem. W tle słychać tykanie zegara. „Czas na obłoki i las” to piosenka, którą dostałam w prezencie od Magdy Czapińskiej i Witka Cisło. Bardzo im za nią dziękuję, bo jest ważna na tym etapie życia. Czas to największy mój łaskawca, dał mi dożyć takiego wieku, tyle zrobić i jednocześnie – mam nadzieję – nie powiedział ostatniego słowa. To chyba będzie najbardziej eklektyczna płyta na świecie, ale opowiada się na niej jakaś historia, każdy, kto jej słuchał, mówił, że chce słuchać jeszcze raz i jeszcze. Mam nadzieję, że będzie pomagać ludziom.

Pytam w imieniu fanów: planujesz koncerty?

Nie miałabym odwagi prosić śpiewających ze mną artystów, żeby wszyscy zebrali się tego samego wieczoru w jednym miejscu. Wydaje mi się to nierealne, w związku z tym nawet o tym nie marzę. Od czasu do czasu koncertuję sama albo biorę udział w jakichś szlachetnych spektaklach i koncertach.

Mówiłaś mi kiedyś, że bardziej interesuje cię to, co poza sceną niż na scenie. Zmieniłaś zainteresowania?

Nie, dużo bardziej wolę być widzem, szczególnie filmowym, bo dobre kino to moja miłość, ale rzeczywiście coś nie pozwala mi zakończyć śpiewania. Dobrze, nie będę fałszywie skromna i powiem: moje ostanie dwie płyty – „Noce i sny” i „Wciąż się na coś czeka” – bardzo się spodobały, a poza tym mam poczucie, że swoimi piosenkami pomagam nie tylko sobie, ale i ludziom. Może dlatego wciąż śpiewam.

Ktoś z twoich wielbicieli napisał, że jesteś najpiękniej smutną kobietą na świecie.

Wszędzie to mówię, że mój elektorat to ludzie smutni, tacy, którym wszyscy każą brać się w garść, podczas gdy oni tej garści nie mają. Czuję wielką z nimi solidarność. Los doświadczył ich podobnie jak mnie, ale nasz smutek nie jest okropny, dołujący, jest w nim coś pozytywnego.

Wrażliwość?

Niestety, nadwrażliwość. To coś, co sprawia, że człowiek jest bardziej wyczulony na wszelkie piękno, ale z drugiej strony – podatny na cierpienie całego świata. Mam jednak nadzieję, że ratuję się poczuciem humoru, że umiem cieszyć się życiem, może nawet jak mało kto, bo człowiek z wszczepionym smutkiem w dzieciństwie, kiedy może na chwilę o tym smutku zapomnieć, to jest sześć razy bardziej radosny niż normalnie radosny człowiek. Chce wtedy maksymalnie wykorzystać ten brak smutku, który na chwileczkę gdzieś sobie wywędrował, więc cieszy się jak małe dziecko. I ja to małe dziecko w sobie mam, ono mnie ratuje. Choroba zwana melancholią polega na tym, że jeżeli człowiek jest w najgorszym jej stadium, to byle co zwala go z nóg, a jeżeli w lepszym, to przeżywa dzielnie najcięższe tragedie i idzie dalej.

Ta melancholia ciągnie się za tobą od dzieciństwa, od choroby i śmierci brata?

Tak, w tym sensie miałam bardzo ciężkie dzieciństwo. Z jednej strony wielką miłość rodziców i wartości, które mi wpajano, a z drugiej – nieprawdopodobną tragedię na co dzień, raczej na co noc, bo najbardziej zapamiętałam noce, kiedy mój brat nie mógł sam przewrócić się na drugi bok, i to było straszne. Jego cierpienie mnie naznaczyło. No i rodzice. Byli potwornie smutnymi ludźmi, mieli ten smutek w każdej komórce. To się dziedziczy. Robię wszystko, żeby się nie poddawać, i walczę, ale wiem też, że przychodzi taki etap tej choroby, kiedy żadna walka nie pomoże. Zostaję wtedy w domu, nawet nie mogę czytać, przeczekuję. I doczekuję się lepszego czasu.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »