„Manifesto” z Cate Blanchett już w kinach

mat.pras.filmu

Co by się stało, gdyby tematem numer jeden na świecie stała się sztuka, która zastąpiłaby religię, prognozę pogody i edukację w znanej nam formie? Julian Rosefeldt tworzy utopijny obraz naszej rzeczywistości, zetkniętej z radykalnymi manifestami artystycznymi XX wieku.

reklama

„Manifesto”, który wchodzi na polskie ekrany dwa lata po swojej światowej premierze, nie jest filmem łatwym w odbiorze, choć ciekawym w założeniach. Przez półtorej godziny oglądamy niemalże jedynie Cate Blanchett, co jednak już po chwili okazuje się niezwykle ciekawe. Aktorka wciela się w trzynaście różnych postaci – od bezdomnej, przez wdowę i nauczycielkę, aż po choreografkę teatralną. Wątki fabularne przeplatają się, wszystko dzieje się jednak na tyle powoli, by widz nasycił się różnorodnymi kadrami i wsłuchał w teksty wygłaszane przez główną bohaterkę. Osoby orientujące się w historii sztuki współczesnej wyłuskają fragmenty radykalnych słów Jima Jarmusha czy manifestów: dadaistów, Fluxusu, futurystów.

Kiedy się zrozumie konwencję i wejdzie w ukazany dziwaczny świat, obraz daje do myślenia i pozwala spojrzeć na sztukę z nieco innego punktu widzenia niż zazwyczaj. Chwilami trochę przeraża, a jednocześnie śmieszy. Przykładami mogą być sceny z konwencjonalną rodziną, która siada do stołu i przed posiłkiem odmawia modlitwę nie do Boga, ale ku chwale wszechobecnej sztuki lub nauczycielka w szkole podstawowej, polecająca dzieciom napisanie własnego scenariusza filmowego, opartego na kradnięciu istniejących już pomysłów. Z drugiej strony zamysł reżysera może być dla niektórych dość hermetyczny i niezrozumiały, co wydaje się w pełni uzasadnione. Ale nawet przy braku przekonania do tego typu eksperymentów artystycznych, warto zobaczyć Cate Blanchett, zmieniającą się na ekranie niczym kameleon – o przeróżnych charakterach akcentach językowych i w całkowicie odmiennych fryzurach i kreacjach. Po raz kolejny pokazuje swoją niezwykła dojrzałość i wszechstronność aktorską. Trudno mi nawet wyobrazić sobie kogokolwiek innego w tej roli (a właściwie rolach!).

Warto potraktować film Rosefeldta z przymrużeniem oka jako obraz eksperymentalny i interesujący czysto formalnie. Z drugiej strony to powolne widowisko wizualne: zmieniająca się Blanchett i różnorodne monumentalne scenerie. Film to tytułowy manifest – radykalnie inny, ale wart poznania.