„Nord” Kapeli Ze Wsi Warszawa – recenzja

Wydawnictwo Karrot Komando

Kapela ze Wsi Warszawa wciąż czaruje nas dźwiękami z czasów bardzo dawnych. Ale to wszystko nasze dźwięki.
Najpierw było o nich głośno za granicą, a dopiero potem w Polsce. Właściwie można powiedzieć, że wprost z małych, zadymionych scen podłych mazowieckich klubów trafili na salony za oceanem. Wielu już próbowało, a udało się to im – najbardziej chyba polskiej z grup. Nie tylko zresztą z nazwy. Przestawianie Kapeli ze Wsi Warszawa jako grupy folkowej jest trochę jak pisanie o Maradonie jako wielkim piłkarzu. Dlatego darumy sobie te ukłony.

Kapela istnieje już 15 lat. To wystarczająco długi czas, by instrumenty zdążyły wybrzmieć, a członkowie zespołu rozeszli się w swoje strony. Ale nie w tym przypadku. KZWW – lub jak kto woli Warsaw Village Band – okrągłą rocznicę postanowiła uczcić 6. już w dorobku albumem.

„Nord” to poszukiwanie inspiracji na zimnej, skandynawskiej północy. To zresztą nic nowego – choć dalekie, bo przez Bałtyk, to jednak polsko-szwedzkie sąsiedztwo wymuszało na przestrzeni wieków przenikanie się kultury słowiańskiej i skandynawskiej. Czasem działo się to za sprawą miecza, innym razem lutni. Tutaj instrumentów jest wiele: oprócz cymbałów, skrzypiec, liry korbowej, mamy też te o bardziej tajemniczo brzmiących nazwach: baraban, moraharpa, mandora, flugelhorn… I choć wśród członków zespołu nie ma już Mai Kleszcz, to jednak skoczne, żywiołowe utwory na ogół nie tracą nic z przebojowości swoich poprzedników. Weźmy choćby takie „Musiałaś ty dziewce”, łączące klasyczne etnobrzmienie z uwspółcześnionymi przepisami na muzykę trochę bardziej popularną. Z drugiej strony jest jednak „Kołysanka konopna”, o której najlepiej powiedzieć, że jest po prostu kołysanką.

„Nord” to bardzo smutna płyta, pełna wokalnych popisów a capella, dołujących chórków, melancholijnych brzmień ludowych. Ale północ to przecież zima, inaczej więc być nie mogło.

Kapela ze Wsi Warszawa, „Nord”, wyd. Karrot Kommando