Agnieszka Hekiert: jesteśmy jednym wielkim organizmem

materiały prasowe

Agnieszka Hekiert, to polska wokalistka jazzowa, która jest zarazem rozchwytywaną instruktorką wokalną. Śpiewała z samym Bobbym McFerrinem, który nie krył zachwytu jej głosem. Ukazał się właśnie jej świetny debiutancki album „Stories”.
Od jak dawna śpiewasz? Od czego się zaczęło?

Zaczęło się w wieku sześciu lat, od gry na pianinie. Zachwyceni rodzicie myśleli, że rośnie im drugi Chopin, ja natomiast skręciłam w pewnym momencie w śpiewanie – chyba przez to, że chorowałam i opuszczałam masę zajęć. Ale na początku łatwo nie było, jakaś pani – guru od śpiewu w moim mieście – powiedziała mi: „Dziecko, ty lepiej nie śpiewaj”. Odeszłam więc na moment w stronę sportu, ale przyciąganie muzyczne było zbyt silne. Fascynacja gitarą (pożyczoną) pod koniec szkoły podstawowej to był punkt zwrotny i już mnie ta pasja nie puściła.

Kiedy i dlaczego zaczęłaś śpiewać jazz?

Tuż po fascynacji klasyką w liceum, chyba głównie z myślą o przygotowaniach do egzaminu na Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Mój ukochany standard z tamtych czasów to „Too Darn Hot”. Dzięki niemu dostałam się na studia, to zresztą zabawna historia. Przyjechałam na egzaminy trochę spóźniona (zdawałam również do szkoły aktorskiej i pokrywały się nieco godziny), zapomniałam nut, a pianista wyznaczony do akompaniowania znał standard, ale postanowił zagrać w swojej, ulubionej tonacji – dużo wyższej niż moja! Nie zdawałam sobie z tego sprawy wchodząc do sali, dlatego na pełnym luzie wyśpiewałam te wysokie dźwięki, mocno i pewnie, chociaż z lekką chrypą, wynikającą ze zbyt wysokiej tonacji właśnie. I to się niechcący komisji spodobało. A ja to nazywam: w czepku urodzona.

Co cię fascynuje w jazzie?

W jazzie uwielbiam improwizację, to niesamowite połączenie duszy i ciała z techniką, dźwięki i frazy muzyczne wypływające z nas samoistnie, uwalniające duszę, tak jak się uwalnia dżina z butelki. Uwielbiam muzyków jazzowych za ich niewiarygodną muzykalność, otwartość, eksperymenty, abstrakcyjne myślenie, taki specyficzny, wolny, choć czasem niełatwy styl życia.

A na czym polega fenomen „polskiego jazzu”?

Myślę, że mamy wiele słowiańskich elementów, pewną melodykę, melodyjność, jesteśmy otwarci na inne kultury, poszukujemy i mamy w sobie radość tworzenia, ale i ogromną wrażliwość wynikającą chyba z naszej historii. Żelazna kurtyna, brak dostępu do płyt czy taśm magnetofonowych, głód wiedzy sprawiły, że zachodnie nagrania były traktowane jak relikwie. Znam obecnych profesorów, którzy za czasów studiów, żeby pojechać na Jazz Jamboree (czyli mieć na bilet z Katowic do Warszawy i wejściówkę do Kongresowej) nie jedli by zaoszczędzić pieniądze. To było prawdziwe poświęcenie dla muzyki. I taką pasję my Polacy mamy w sobie. Podczas prób do koncertów z Bobbym McFerrinem i międzynarodowym chórem okazało się, że to właśnie my, Polacy, jesteśmy najlepiej przygotowani. Poproszono nas o prowadzenie ćwiczeń w podgrupach. Może to wynik kompleksów, tak dobrze staraliśmy się poznać materiał, by przysłowiowej „plamy” w wielkim świecie nie dać, ale uważam, że to dobra cecha.

Jak trafiłaś do projektu „Vocabularies” Bobby’ego McFerrina?

Jak się okazuje, trzeba chodzić na koncerty do Sali Kongresowej, bo to właśnie tam w kuluarach… spotkałam Marcina Wawruka, który zaproponował mi, żebym wsparła wokalnie jego zespół ProForma. Wygrali festiwal Legnica Cantat i byli zaproszeni do zaśpiewania z gwiazdą, którą sami wybrali, czyli z Bobbym McFerrinem. A potem zaprosił mnie Chamber Choir of Europe i przeżyłam coś, czego mogę życzyć wszystkim wokalistom. Długie, ale piękne godziny ćwiczeń przed koncertami, pełna magia na scenie, kilka solówek z samym mistrzem, jego pełne uznanie i ta wspólna energia muzyczna i zrozumienie na scenie. To powodowało u nas dreszcze przejęcia, łzy wzruszenia i bodaj największą radość, jaką udało mi się dotychczas przeżyć. Bywało, że spaliśmy po 4-5 godzin, a energię mieliśmy niespożytą.