Alicia Keys: Girl on Fire – recenzja płyty

Alicia Keys, Girl on Fire
mat. prasowe

To niezwykle utalentowana artystka, lecz płyta jest niespójna. Alicia ma wszystko – urodę, muzykalność i styl. Kluczem jest więc repertuar, niestety najsłabsza strona nowego albumu.

Alicia Keys, Girl on Fire
mat. prasowe

Nie służy mu też próba pogodzenia gustów i oczekiwań czarnej i białej publiczności, a raczej kolejny ukłon w stronę zwolenników „twardego R&B”. Debiut miała genialny. Po nim przyszła znakomita seria, która przyniosła młodej artystce aż 14 (zasłużonych) nagród Grammy. Poprzedni album („The Element Of Freedom”, 2009) był nierówny, zawierał jednak kilka świetnych piosenek, jak „Love Is Blind”. Teraz, po mocnym singlu z piosenką tytułową „Girl On Fire”, najbardziej śmiałym muzycznie utworem jest „New Day”. Nie jest to jednak Alicia Keys, do jakiej przywykliśmy (choć należy się obawiać, że o to właśnie chodziło). Artystka wypada bowiem najciekawiej, kiedy wykonuje muzykę środka, (jak melodyjne, gospelowe „Tears Always Win”), zwłaszcza o charakterze osobistym (autobiograficzne „Brand New Me”). Najsłabiej – kiedy wchodzi na grunt electro-soul, bo to po prostu nie jej estetyka („When It’s All Over”).

W nieco twardsze R&B sprawnie się wpisuje utwór „Fire We Make” (duet z Maxwellem), zaś kameralne oblicze artystki przypominają wykonane solo z fortepianem piosenki „Not Even The King” oraz „101”. Alicja Keys należy do owej wąskiej, szczególnej kategorii wybitnych artystów soul, którzy – jak przed nią Roberta Flack czy Stevie Wonder – trafiali do szerokiej publiczności bez względu na podziały rasowe. Taką pozycję zajęła pierwszymi płytami i raczej nie powinna jej zmieniać. W młodości grywała Chopina, to ją wyróżnia pozytywnie.

Alicia Keys, Girl On Fire, RCA