Bjork „Biophilia”

fot. materiały prasowe

Trudno w kilku zdaniach zrecenzować tak złożone i erudycyjne dzieło jak „Biophilia” Bjork. Nie jest to po prostu płyta z dobrą, jak zwykle w przypadku tej artystki, muzyką, ale konceptualny album wychodzący odważnie poza ramy muzycznego medium.
Islandka ujawnia w swoich minimalistycznych kompozycjach pełną pasji fascynację nauką i naturą. Usiłuje jednocześnie ukazać miejsce człowieka z jego osobistymi, uczuciowymi sprawami w skomplikowanym systemie kosmosu. Zamierzenie bardzo ambitne, ale Bjork wykonuje je imponująco dobrze. Już minimalistyczny i ekstrawagancki jednocześnie clip promujący płytę („Moon”) zapowiada coś niezwykłego.

reklama

Żeby docenić muzyczną wartość „Bhiophilii” nie trzeba koniecznie dochodzić, w jaki sposób artystka wykorzystała fazy księżyca lub wahadło Foucaulta do tworzenia piosenek lub bawić się specjalnie zaprojektowanymi aplikacjami na iPada (umożliwiają tworzenie własnych „remixów” z motywów Bjork). Stworzone na bazie eksperymentalnego instrumentarium (nie znajdziemy w tej muzyce nic klasycznego) utwory nie rozpieszczają słuchacza, po mistrzowsku łączą jednak nadzwyczajną wrażliwość („Virus”) z drapieżnym tonem („Mutual Core”).

Wszystko bez cienia sentymentalizmu, za to opatrzone przedziwną, hipnotyzującą atmosferą, która nie każdemu przypadnie do gustu. Ci, którzy dadzą się porwać, przeżyją natomiast coś nadzwyczajnego.

Universal Music Group