Gołąbek, sio z pokoju!: Niki and the Dove „Instinct” – recenzja

materiały prasowe

Płyta dla cierpliwych, którzy są w stanie poświęcić jej dużo czasu i mozolnie poszukać jej jasnych stron…
Szwedzi zawsze mieli nosa do robienia muzyki popularnej na eksport. Co ważne, realizowali się w wielu gatunkach. Wspomnienie ABBY będzie banałem, jednak wiele innych skandynawskich grup mocno dało się we znaki europejskim i amerykańskim listom przebojów. Roxette, Ace of Base, A*Teens – lata 90. to czas ich dominacji na parkietach i antenie jeszcze niezinfantylizowanego MTV. Bardziej współcześnie Szwedzi zaproponowali światu m.in. The Knife, Fever Ray, Lykke Li czy Niki and the Dove.

I o ile trzy pierwsze są już znane także polskiemu słuchaczowi, o tyle Niki jeszcze nie miała okazji wypłynąć na szersze wiślane wody. Z czym więc do ludzi?

Ano z elektroniką, tanecznymi rytmami rodem z komputera. Czyli nic nowego. A że dziś tańczy się przy trochę mniej melodyjnych nutach, niż dawniej, stąd zestawienie Niki z chociażby Roxette wypadłoby dość pociesznie. Debiutancki album „Instinct” duetu ze Sztokholmu porównywać trzeba raczej chociażby do brooklyńskiego Yeasayera. W warstwie instrumentalnej – bo wokalnie Malin Dahlstroem często przypomina trochę mniej melancholijną Lanę del Rey, której ktoś schował środki uspokajające („Love to the Test”). Niestety, w przeciwieństwie do twórczości Yeasayera, piosenki Niki są po prostu nudne i nieciekawe. Trudno wyłowić spośród 12 zawartych na „Instinct” utworów choćby jeden, do którego po wysłuchaniu całości chciałoby się wrócić. Choćby jeden, który po dwóch, trzech wysłuchaniach będziemy nieświadomie nucić krzątając się po pokoju. Nawet singlowy „The Drummer” z przebojowością musiał minąć się w drzwiach.

Szwecja wciąż ma więc mocną markę w dziedzinie muzyki tanecznej, ale niech lepiej wyznaczy innego chorążego.

Niki and the Dove „Instinct”, Universal Music