Grégoire Maret – gwiazda jazzu

fot. Krzysztof Kuczyk

Harmonijka? To ma być instrument dla poważnych jazzmanów? Ci, którzy lekceważą jej znaczenie w historii muzyki jazzowej, zdecydowanie muszę posłuchać debiutanckiej płyty Grégoire Mareta, największej w tej chwili gwiazdy harmonijki ustnej.
Bezpretensjonalny. Uroczy. Szczery. Taki był film „Sideman” Frédérica Baillifa, szwajcarskiego reżysera dokumentów i wideoklipów. Portret młodego muzyka z Genewy, który przenosi się na prestiżowe studia w Nowym Jorku, dostając jednocześnie angaże w zespołach najlepszych jazzowych instrumentalistów, wielokrotnie pokazywano i nagradzano na niezależnych festiwalach filmowych. Grégoire Maret, inspiracja i temat dokumentu, miał wtedy 26 lat, nosił bujne afro, a na scenie ekspresyjnie podskakiwał. Baillif, chcąc pokazać barwnego bohatera drugiego planu, zarejestrował narodziny gwiazdy.

Kto z kim grywa, takim się staje (wielkim)

Cassandra Wilson: „Jestem świadkiem, że gdziekolwiek Grégoire stanie, kiedykolwiek zbliży harmonijkę do ust, całe pomieszczenie i wszyscy, którzy się w nim znajdują, ze słodką, ale potężną intensywnością wznoszą się na inny poziom”. Pat Metheny: „Grégoire Maret jest wyjątkowym muzykiem, który zabiera harmonijkę w nowe, ekscytujące rejony. Jego gra ma w sobie niezwykle komunikatywnego ducha, co jest rzadkie, ale i esencjonalne dla jazzu”. Herbie Hancock: „Grégoire jest niesamowitym wykonawcą. Ma szerokie możliwości i jest nieustraszony. Jeśli chodzi o harmonijkę, nie ma w tej chwili nikogo, kto zbliżałby się do jego poziomu – zresztą zostawia w tyle również muzyków grających na innych instrumentach. Jest jednym z najbardziej kreatywnych muzyków na świecie”.

Opłaca się być dobrym sidemanem. Cytowane wyżej gwiazdy komplementują, bo doświadczyły. Cassandrę Wilson można usłyszeć na debiutanckim albumie Mareta, on zresztą grywa w koncertowym składzie jej zespołu (właśnie w trasie). Pat Metheny również gościnnie zagrał na pierwszej autorskiej płycie harmonisty – i ciężko mu nie wypomnieć, że miał dług do spłacenia. W końcu to z Maretem w ekipie Metheny stworzył nagrodzony statuetką Grammy album „The Way Up”.

mat.prasowe

Prestiżowe wyróżnienie kupiło Maretowi bilet wstępu do zespołów Marcusa Millera i Herbie’ego Hancocka. Natłok ważnych nazwisk w tej historii to nie przypadek. Maret grywał ze wszystkimi, którzy się liczą, a kiedy wreszcie udało mu się przebić do pierwszego rzędu i nagrał materiał jako pełnoprawny, autorytarny lider, zadedykował go wszystkim, którzy na niego wpłynęli. Idolom, mentorom, bohaterom. Wydany przed kilkoma tygodniami album, zatytułowany po prostu „Grégoire Maret”, to ukłon przede wszystkim w kierunku dwóch wirtuozów harmonijki, Stevie’ego Wondera i Tootsa Thielemansa (tego drugiego, największego mistrza Mareta też słychać na fonograficznym debiucie muzyka).

To tak w ogóle można?

Choć otoczony znamienitymi muzykami, jest zupełnie sam. Sam na polu boju, bo przyznaje, że własnego stylu szukał po omacku, bez wzorca i przewodników. „Nie miałem przykładów, ludzi, którzy robiliby to, co ja chciałem zrobić” – mówił w jednym z wywiadów. „Nie miałem nikogo, kto poprowadziłby mnie przez nuty czy frazy, których musiałem używać, gdy zacząłem grać w zespole Steve’a Colemana. Musiałem ćwiczyć i sam znaleźć sposób”. Znalazł. Maret gra nie tyle emocjonalnie, co niezwykle plastycznie, filmowo – sugestywnie przemawiając do wyobraźni. Wyjaśnia, że to dlatego, iż sam muzyki słucha obrazami, bo dźwięki od zawsze miały dla niego kolory.

Największym zwycięstwem Grégoire Mareta jest jednak fakt, że pobłażliwie traktowanemu instrumentowi potrafił przypisać pierwszoplanową rolę i przywrócić należny respekt. „Harmonijka to instrument, który każdy ma w domu, ale niewielu potrafi na niej grać. Ma reputację zabawki – ot, nic wielkiego, szczególnego. Jest paru dobrych harmonistów bluesowych czy country, rzadziej jazzowych. Ludzie nie mają świadomości, co można zrobić z tym instrumentem. Słyszą, jak gram i mówią, że nie mieli pojęcia, że tak w ogóle można. Otóż można, to instrument o tak bogatej barwie jak każdy inny”.

Maret to bogactwo harmonijki poznawał w elitarnych szkołach. Gra na instrumencie od 17. roku życia, najpierw skończył Conservatoire Supérieur de Musique w rodzinnej Genewie, by później przenieść się do Nowego Jorku i tam studiować na wydziale jazzowym w New School University. Dziś koncertuje na całym świecie. Grał też w Polsce – w ubiegłym roku wziął udział w koncercie zamykającym trasę Młodej Polskiej Filharmonii.