Harakiri zakończone zmartwychwstaniem: Serj Tankian, „Harakiri”

materiały prasowe

Gdy rok temu powrót na scenę ogłosiła grupa System of a Down wydawało się, że jej lider dość ma solowych poszukiwań własnego stylu. Tymczasem Serj Tankian wydał właśnie płytę, która jest całkowitym zaprzeczeniem tej tezy.
Niewielu jest artystów aż tak zaangażowanych, jak Tankian. Może tylko muzycy Pearl Jam częściej ciskali gromy na George’a W. Busha niż ten urodzony w Libanie Amerykanin pochodzenia ormiańskiego. Tankian to jeden z muzycznych aktywistów, dla których muzyka jest środkiem wyrazu nie tylko artystycznego, ale przede wszystkim okazją do politycznych manifestów i głoszenia prawd o świecie. Ale nie są to prawdy springsteenowskie, pełne zrozumienia i ukojenia. To frontalny atak wściekłości i złości na obłudę władzy.

Kolejny album wokalisty System of a Down to podróż w te same miejsca, w które zabierała nas muzyka jego macierzystej kapeli. Na wydanym właśnie „Harakiri” wierci i rozpycha się ciężki rock z elementami metalu. Prym wiedzie tu surowa perkusja, brutalnie wybijająca rytm w towarzystwie gitarowych kałasznikowów. Nie, Tankian nie cacka się, jak to miejscami działo się na poprzednich płytach. Już otwierająca płytę „Cornucopia” nie daje nam chwili wytchnienia. Zmienne, momentami szalone, a momentami spowolnione tempo przypomina najlepsze dokonania SOAD z czasów, gdy gołe klaty i dzikie uśmiechy amerykańskich Ormian królowały na antenie MTV. Jeszcze więcej radości daje tytułowe „Harakiri”, którego refren to coś więcej niż tylko song do ciemnego klubu – aż chciałoby się to usłyszeć na wypełnionym po brzegi stadionie.

Serj Tankian, „Harakiri”, Warner Music Polska