Imię żeńskie na pięć liter, pierwsza „i”: „Neonowe obietnice” – recenzja

Thin Man Records

„Neonowe obietnice” to kilkadziesiąt minut skocznych, gitarowych melodii rodem z nieistniejącej już warszawskiej Jadłodajni Filozoficznej.
Irena już od kilku lat próbowała swoich sił na warszawskiej scenie muzycznej, jednak dopiero występy w popularnych programach muzycznych w telewizji pozwoliły chłopakom z Warszawy wydać debiutancki album.

Choć nazwa zespołu ma bezpośredni związek z pochodzeniem niektórych jego członków – tytułowa Irena to nazwa cukierni i kawiarni na Saskiej Kępie – to w przeciwieństwie do innych grup ze stajni Thin Man Records (Płyny, Muzyka Końca Lata, Maki i Chłopaki) nie epatują oni lokalnym partiotyzmem. Zamiast tego w 12 utworach zamieszczonych na „Neonowych obietnicach” proponują uniwersalne podejście do śpiewania o życiu, miłości, codzienności.

Co ich wyróżnia z tłumu? Na pewno stylistyka. Minął już chyba czas, kiedy grające gitarowy poprock kapele wyrastały niczym grzyby po deszczu na scenie – nieistniejącej już zresztą – stołecznej Jadłodajni Filozoficznej. Dziś mody są trochę inne. Irena nie płynie jednak z prądem i gra po swojemu. Aranżacje są proste, melodie chwytliwe. Prym wiedzie prowadząca gitara i surowa perkusja. Niektóre utwory – jak np. „Co chcesz” czy „Matt” – mogą wydawać się trochę monotonne. Inne wzbogacone są klawiszami, przywołującymi twórczość choćby Grzegorza Ciechowskiego. Świetny i wymowny jest cover „Alei Gwiazd” – drapieżny, uwspółcześniony.

Irena komponuje dobre, radiowe piosenki. Szkoda tylko, że jej najsłabszym elementem jest wokal. Bezbarwny, chłopięcy, płaski. Ale może tak ma być? Dzięki temu zespół jest po prostu wiarygodny. Wzięli panowie instrumenty i zaczęli grać. Na modłę „do it yourself”, bez potrzeby przypodobania się komukolwiek. Brawo.

Irena „Neonowe obietnice”, Thin Man Records