Jak Chick Corea obchodzi 70. urodziny – koncert w nowojorskim klubie Blue Note

“Jesteśmy tu z dwóch powodów – z miłości i podziwu dla geniuszu Chicka Corei” – tak John McLaughlin, rozpoczął świętowanie 70 urodzin jednego z najlepszych jazzowych pianistów, szesnastokrotnego zdobywcy Grammy, Chicka Corei.
Nowojorski klub przez cały listopad oddaje hołd „pianiście – rewolucjoniście” – na 10 koncertach zagra tu 30 światowej klasy muzyków. Z tej okazji wystąpią m.in. Herbie Hancock, John McLaughlin, Kenny Garret, Stanley Clarke, Gary Peacock, Brian Blade, Bobby McFerrin czy Gary Burton. Taki rozmach nie dziwi – na koncie Corei są takie perełki jak „Bitches Brew” z Milesem Davisem, uznawany za kamień milowy w historii jazzu ( połączenie jazzu i rocka), czy stworzenie „Return to Forever” – jednego z najważniejszych zespołów, prekursorów jazz fusion .

reklama

Inauguracyjny koncert 4 listopada w legendarnym klubie Blue Note był ilustracją przysłowiowego hitchcockowskiego suspensu – rozpoczęło się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie już tylko rosło. Corei towarzyszyli John McLaughlin, jeden z największych gitarzystów wszechczasów ( moja wielka muzyczna miłość), znakomici – Kenny Garret (saksofon), Brian Blade (perkusja) i John Pattituci (bass). Panowie od 2008 roku tworzą The Five Peace Band, a ich dwupłytowy album „Five Peace Band live” przyniósł jubilatowi szesnastą nagrodę Grammy. Tego wieczoru królował electric jazz – bardzo wymagający, totalnie nieprzewidywalny i perfekcyjnie wykonany. Trochę obawiałam się tylu indywidualności na scenie. Jak powiedział jeden z nowojorskich krytyków muzycznych „to tak jakby na jednej scenie, w tym samym czasie wystąpili Rolling Stones’i i Beatelsi” – czyli realne niebezpieczeństwo „klęski urodzaju”. Nic z tego…

Zobaczyłam nie tylko muzyków, ale przede wszystkim ludzi z pasją. 70-letni Corea i 69-letni McLaughlin pokazują, jak łagodnie czas obchodzi się z tymi, którzy całe życie robią to, co kochają.

Corea zapytany o to, czy razem z urodzinami przyszła mu do głowy jakaś szczególna refleksja, odpowiada, że „całe życie świetnie wychodzi mu ignorowanie cyfr, które w jakikolwiek sposób mogłyby go postarzać”. Coś w tym jest, bo obaj z McLaughlinem pokazali charyzmę i nieprawdopodobną muzyczną energię. Ale też wszystko odbyło się bez zadęcia. Czułam się trochę tak, jakbym podglądała przez dziurkę od klucza wielkich muzyków na próbie – stuprocentowa naturalność i zaraźliwa radość ze wspólnego muzykowania. Jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, Corea zwykł mówić , „że to, co pozwala mu być tak bardzo zaangażowanym w muzykę, to energia , którą oddaje mu publiczność. Dopiero wtedy czuje się szczęśliwy” . To było widać.

Corea świętował nie tylko swoje 70 urodziny ale także 50 lat bliskiej relacji z Nowym Jorkiem. Niejedokrotnie wspomina, że przyjechał do miasta, by być jak najbliżej swoich muzycznych idoli. Pewnego wieczoru poszedł na koncert Milesa Davisa, który grał z Paulem Chambersem, Johnem Coltrane’m i Wyntonem Kelly. Nowy Jork lat 60. był jazzowym mocarstwem, a ta noc zmieniła jego życie.

Nie znałam NY lat 60., ale jazzowej nocy w 2011 roku długo nie zapomnę. Przy stoliku siedziałam z Japończykiem, Brytyjczykami, Amerykaninem i Australijczykiem – „międzynarodowy klub wybrańców”. Bezcenne doświadczenie.