Najlepsza: Cat Power i „Sun”

materiały prasowe

Panie i panowie – Cat Power zgarnia całą pulę. Jej „Sun” to płyta, która z miejsca przechodzi do klasyki.

materiały prasowe

Długo trzeba było czekać na kolejną płytę Chan Marshall. Po wydanym w 2008 roku zbiorze coverów „Jukebox” piosenkarka ruszyła w trasę koncertową, zahaczając m.in. o Europę, po czym słuch o niej zaginął. Owszem, raz na jakiś czas światło dzienne ujrzał wywiad czy krótka informacja o tym, że następne nagrania są w drodze, jednak w praktyce oznaczało to tylko podawanie nowych dat, bez wiążących informacji.

Aż wreszcie nadeszła jesień 2012, a wraz z nią „Sun”. To już dziewiąty album wokalistki tworzącej pod szyldem Cat Power. O ile poprzedni był pracą niemal zespołową – stworzoną z towarzyszeniem grupy Delta Dirty Delta Blues Band – o tyle w tym przypadku Zosia była Samosią. W efekcie tego wyizolowania się dostaliśmy płytę bardzo osobistą, intymną. Taką, którą docenią przede wszystkim wieloletni fani. Mamy tu bowiem coś na kształt pętli z nowym początkiem, co widać już po wizerunku artystki, zerkającej na nas z minimalistycznej niebieskiej okładki. Chan obcięła długie włosy, z uwodzicielki o przeszywającym głosie wracając do image’u zawadiaki o urodzie wręcz chłopięcej. Jednak ta wtórna niedojrzałość to miraż – Marshall to dziś doświadczona życiem kobieta, absolwentka Wyższej Szkoły Własnych Błędów. Kiedy w 2006 roku, kilka dni po wydaniu przebojowego „The Greatest” trafiła do psychiatryka, słuchacze byli w nieludzki sposób rozdarci. Życzyli jej jak najlepiej, jednak pijąca Cat Power udowadniała, że upodlenie i uzależnienie na krótką metę może artystom służyć. Jej muzyka była do bólu szczerza, bolesna, jedyna w swoim rodzaju. Po kilku miesiącach wyszła na prostą. Podobno już nie pije, zamiast tego próbując ułożyć sobie życie. „Sun” jest efektem tych zmagań. Chan poszukuje – pierwszy raz sięga po syntezatory. Dawniej całym jej instrumentarium był jedyny w swoim rodzaju głos. Dziś do nagrywania muzyki podchodzi odważniej, co wcale nie znaczy, że jej twórczość przypomina cokolwiek, co słyszymy dziś w radiu. Nie boi się ocierania o muzykę taneczną, by chwilę później flitrować z rapem („3, 6, 9”!). To wciąż dźwięki trudne do zdefiniowania. Murowanym hitem, który zapewne pójdzie w ślady „The Greatest” czy „Metal Heart” jest „Cherokee”, któremu towarzyszy wyreżyserowany przez samą wokalistkę teledysk. Urzeka singlowe „Ruin” ze wstępem godnym lat 90. „Manhattan” to z kolei stara, dobra Chan po uszy zakochana w Dylanie, w więc kolejna „Piosenka dla Bobby’ego”.

„Sun” to bez dwóch zdań jedna z lepszych płyt 2012 roku. Poukładana i przemyślana, ale równocześnie wiarygodna, intensywna, życiowa. Cat Power jeszcze nigdy nie była tak pewna tego, co robi.