Obiecujący debiut: Birdy, „Birdy” – recenzja

Kolejna zupełnie anonimowa postać próbuje uradować nas swoimi dokonaniami instrumentalno-wokalnymi. Kim jest Birdy, autorka debiutu o jakże zaskakującym tytule „Birdy”?
Otóż, przekładając na nasze, Birdy to taka Monika Brodka, tylko jeszcze nie do końca samookreślona. Dziś 22-latka, wchodząc w dorosłość, wygrała jedną z wariacji na temat brytyjskiego „Idola”. Śpiewała tak, że urzekła jurorów i publiczność i tym samym dostała szansę na nagranie singla, a potem płyty. Swoje odczekała, po czym wypuściła własną wersję „Skinny Love” Bon Ivera. To właśnie ten numer promuje album pełen innych coverów. Wygląda bowiem na to, że Birdy miała w sobie sporo pokory i postanowiła nie uszczęśliwiać nas poezją własnego pióra. Zamiast tego nagrała utwory innych artystów. Co ciekawe, jej wybór jest dość zaskakujący, większość z nich to bowiem twórcy, którzy jeszcze nie zdążyli przejść do klasyki: m.in. Fleet Foxes, The xx, The National. Czyli zapewne tacy, których młoda artystka po prostu lubi słuchać.

I tu nagła zmiana nastroju. Bo Birdy nie jest wcale taka zła, jak by się mogło początkowo wydawać. Akompaniują jej głównie klawisze, jest też nieinwazyjna perkusja. I to tego uwodzący głos niewinnej, choć dojrzałej wokalnie artystki, która ma własne pomysły. Najbardziej urzeka jej „Terrible Love” – u The National ponury – u Birdy trochę jakby uczłowieczony i ugładzony, co dodaje mu wiele przebojowości. Bliższe oryginałowi jest „Skinny Love”, chociaż żeński głos też pozwala na niego spojrzeć z innej strony.

„Without a Word” to jedyna autorska kompozycja Birdy. Więcej tu popisów wokalnych niż wpadającej w ucho melodii, jednak utwór daje nadzieję na dobrą drugą płytę. Jeśli młoda Brytyjka pójdzie dalej własną ścieżką, to jest na co czekać. A porównanie z Moniką Brodką może okazać się niekoniecznie na wyrost.

Birdy „Birdy”, Warner