W pięknym domu Gordona – relacja z koncertu Gordona Haskella

Podczas koncertu, który odbył się 3 listopada w Sali Kongresowej, Gordon Haskell bardzo często wspominał o domu. Mówił, że jest nim dla niego muzyka, scena i ludzie zebrani wokół niej.
Kiedy o nim dawniej myślałam, widziałam go siedzącego na krześle na niewielkim podeście w nieco zadymionym, jazzowym klubie. Harry’s Bar? Byłby idealny. Ogromna przestrzeń Sali Kongresowej w warszawskim Pałacu Kultury stanowiła jawną negację wszystkich tego typu wizji. Szybko okazało się jednak, że nie w powierzchni tkwi sekret, ale w artyście, który każde miejsce zamienia w obszar intymnych zwierzeń.

reklama

Gordon Haskell z niecodzienną precyzją kontrapunktował prywatne wyznania publicznym opowiadaniem dowcipów. Z pasją drażnił się z systemem, mówił o złym stanie finansów i apelował, by porzucić materialistyczne ambicje i dać sobie szansę na prawdziwe życie – stać się wędrowcem, który nie dba o pieniądze, na piedestale stawia emocje. Krok po kroku, z charakterystyczną dla siebie bezpretensjonalnością, budował atmosferę, w której bliskość między ludźmi szła ramię w ramię z niegroźną ironią. Przestrzeń dużej sali widowiskowej systematycznie traciła na znaczeniu. Widzowie pośpiesznie zajmowali wolne miejsca jak najbliżej sceny, poddawali się eterycznemu nastrojowi. Dali się zwieść opowieściom Gordona i poczuli się jak w domu.

Dwóch muzyków towarzyszących artyście na scenie – Marek Podkowa (grający na saksofonie) oraz Marek Kurasz (na gitarze elektrycznej) stanowili tło spektaklu. Doskonale zgrani z Gordonem Haskellem, wypełniali pustą przestrzeń wokół niego, zacieśniali krąg wtajemniczonych w sekretne historie snute przez angielskiego muzyka. Nie zabrakło wśród nich opowieści z jego najnowszej płyty „One Day Soon” ani kilku sztandarowych hitów – „How Wonderful You Are” oczywiście znalazło się wśród nich. Bardzo ciekawie wybrzmiało kilka utworów, które po latach doczekały się nieco zmienionych aranżacji. „Nie poznacie tych kawałków!” – zapowiadał artysta ze śmiechem. Mówił, że ma w swoim dorobku piosenki, których tak naprawdę nie rozumiał, gdy pisał ich teksty. Przyznawał, że śpiewane po latach, nie są już tymi, którymi były dawniej.

Nowe doświadczenia nasycają znaną treść nowym smakiem. Oświetleniowiec Sali Kongresowej zadbał o to, by wszystkie wykonania utworów Gordona Haskella zalśniły też w specyficzny sposób. Każdemu towarzyszyły wizualne obrazy malowane światłem na tyłach sceny. Bardzo proste, harmonijnie oddające rytm jazzowej muzyki. Pastelowe fiolety roztapiały się w kryształowym odcieniu światła nieprzepuszczonego przez filtry. Scena zalała się złotem dopiero, gdy po pierwszych brawach Gordon Haskell został wywołany, by zagrać jeszcze jeden utwór. Pierwszym coverem wieczoru był „Nature Boy” Nat King Cole’a z 1948 roku, ostatnim – „Ain’t No Sunshine” Billa Withersa – piękny utwór zamykający półtoragodzinną muzyczną opowieść o szukaniu i odnajdywaniu prawdziwego domu w gronie innych ludzi. Idąc tropem wskazanym na koniec przez artystę, mogę w tej chwili jedynie zastanawiać się, gdzie on teraz jest? Ciekawi mnie, czy zostanie tam na długo? Kiedy zszedł ze sceny, zgasło rozpalone na chwilę słońce. I przestała być ona miejscem, które ktoś nazywa domem.