Najpiękniejsze opowieści rodzinne: „Pokolenia”, Katarzyna Droga

Justyna Sudak-Hartung, Wydawnictwo Helion

Spisałam historie moich bliskich i ujrzałam w nich siebie; oni żyją we mnie, ja przekazuję siebie dalej. Poczułam się w nurcie tej rzeki – mówi Katarzyna Droga, autorka książki „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca”.
Twoją 32-letnią ciotkę naprawdę zabił mąż?

reklama

Justyna Sudak-Hartung, Wydawnictwo Helion

Tak, z zazdrości, z chorej miłości… Była piękna, miała ciemne oczy, jasną cerę, jasne włosy nosiła upięte w kok. Znam ją ze zdjęć, z opowieści i z zapisków. Nigdy jej nie poznałam, ponieważ urodziłam się sześć lat po jej śmierci. Ta historia była w naszej rodzinie obecna, żywa, żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają siostrę mamy. Wyszła za mąż za oficera Wojska Polskiego. Mieszkali w Warszawie. Przez pewien czas dobrze im się układało. On ogromnie kochał żonę, jednak popadł w zazdrość, zaczął ją śledzić, wikłał w swoje podejrzenia. Kiedy w końcu postanowiła odejść – nie mógł tego znieść i zabił ją. Mama całe życie nosiła w sobie ból po tej stracie. Gdy widziała na ulicy kobietę w jasnym koku, zatrzymywała się, nie mogła dalej iść. Mówiła, że nigdy nie wybaczy jej mężowi. I nie wybaczyła.

Głos ci drży.

Ta historia ciągle mnie porusza. Żal mi ich – i jej, i jego.

Zrobiłaś coś, o czym często marzymy: spisałaś dzieje rodziny. Ileż to razy słyszałam od kobiet i mężczyzn, że trzeba to koniecznie zrobić: nagrać babcię, dziadka, póki jeszcze żyją, dowiedzieć się o losach pradziadków. Spisać dzieje dla przyszłych pokoleń. Bo bez korzeni nie ma skrzydeł.

Ta książka powstała z miłości do rodziców. Już nie żyją, dziewięć lat temu odeszła mama, ponad dwa lata temu tata. Miałam dużo zapisków, bo całe życie notowałam rodzinne historie. Po śmierci mamy tata podarował mi jej pamiętnik. Jednak przez długi czas nie mogłam po niego sięgnąć, to było za trudne. Potem zaczęłam zapiski mamy przeglądać, ale – jak to w życiu – tyle spraw, że trudno się zebrać. Tego dnia, gdy zmarł tata, rano, napisałam mininowelkę o przemijaniu, nie wiedząc jeszcze, co się stało. Przez jakiś czas znów nie mogłam pisać, chodziłam Krakowskim Przedmieściem i płakałam z tęsknoty za rodzicami, za dawnymi czasami, za spokojem dzieciństwa. Pewnego razu przeczytałam ten tekst o przemijaniu i poczułam, że muszę pisać, bo się nie pozbieram. Nie mogłam spać, budziłam się o piątej rano, robiłam sobie kawę i siadałam do komputera. Pisałam w weekendy, nocami, w wolnych chwilach. Wiele historii opłakałam.

Psychoterapia?

Na pewno. Autoterapia. Po śmierci rodziców poczułam, co to znaczy sieroctwo, utraciłam poczucie bezpieczeństwa. Pisząc, odbudowywałam je w sobie. Ta książka stała się moją obroną przed przemijaniem. Buntowałam się: „Co my możemy? I tak przeminiemy!”. Spisałam historie moich bliskich i ujrzałam w nich siebie; oni żyją we mnie, ja przekazuję siebie dalej. Poczułam się w nurcie tej rzeki. Połączona. Bo to, co możemy, to ocalić dawny świat od zapomnienia, opowiedzieć o nim dzieciom. Poczułam harmonijne następstwo losów we wszechświecie. Uspokoiłam się, spisywałam przeszłość, życie ludzi, którzy odeszli, a ja jeszcze ich pamiętam. Chciałam zmienić imiona, ale niektórych nie mogłam, nie potrafiłam. Chciałam przemilczeć niektóre zdarzenia. Nie mogłam. Tak jakby samo życie pisało tę książkę. Coś mocnego we mnie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »