Nowe książki Zwierciadła:„Jak brat z bratem”– Mikołaj i Andrzej Grabowscy opowiadają o sobie

Premiera tytułu „Jak brat z bratem”, wydanego nakładem Wydawnictwa Zwierciadło miała miejsce na V Warszawskich Targach Książki. Książka jest zapisem rozmowy dwóch znakomitych artystów, Mikołaja i Andrzeja Grabowskich z dziennikarką, Hanną Halek.
Książka przybliża nam ich postaci – co najważniejsze – własnymi słowami bohaterów, poprzez wspomnienia z ich magicznego miejsca, Alwerni. „Każdy z nas ma przecież takie miejsce, z którego wyrósł i został w pewien sposób ‚obciążony′”, tak o Alwerni mówi Mikołaj Grabowski. Ludzie tam mieszkający i ówczesne wydarzenia, które obaj przeżyli, zostały zapisane w pamięci i w pewnym sensie wywiezione w świat. Wiele z nich znalazło potem odzwierciedlenie w działalności artystycznej braci Grabowskich. Bez Alwerni pewne kreacje po prostu by nie powstały.

reklama

W młodości Panów Alwernia była wsią. Pięćset dusz w 1955 roku łącznie z niemowlętami. Bardzo trudno było odnaleźć się Wam później w mieście?

ANDRZEJ: Tak, tym bardziej że te pięćset dusz wtedy wydawało się nam naprawdę całkiem sporym zaludnieniem. Gdy spotkaliśmy się w dziesięć lub dwanaście osób, potrafiliśmy stworzyć z nas dwie drużyny piłkarskie i… jedną bramkę. Było też boisko do siatkówki, na które wieczorami starsi ludzie, nasi rodzice, ciocia schodzili się na rynek i grali. W takich miejscach jak Alwernia wszystko jest dużo wyraźniejsze niż w dużych miastach, w których, szczególnie teraz, świat się już rozmywa, a ludzie gonią nie wiadomo dokąd. To była inna, nadzwyczajna optyka. Bez telewizorów. Mogłem czerpać z tego, co widziałem. A widziałem panią Rychłowską, Rogalską, pana Stolarczyka, mojego ukochanego wuja Antoniego „Kolę” Bahra, wuja Franciszka Bahra, rodziców, których bałwochwalczo wielbiłem. Później nie było mi łatwo odnaleźć się w mieście, ale – co ważne – równie trudno było się z Alwerni wydostać. Droga do świata nie była taka prosta. Najpierw trzeba było przejść dwa kilometry w dół stromego wzgórza przez las do stacji Alwernia Regulice. Stamtąd pociągiem do Chrzanowa, gdzie chodziłem do liceum, przesiadka w Bolęcinie, potem w Trzebini, a stamtąd dopiero do Krakowa. Trzydzieści kilometrów pokonywało się w dwie godziny, ponieważ przez jakiś czas jechało się w przeciwnym kierunku. W liceum musiałem wstawać o piątej rano i zachrzaniać z góry po ciemku do stacji. W Chrzanowie czekałem godzinę na lekcje, bo z braku innego połączenia przyjeżdżałem za wcześnie, a po szkole kolejne dwie godziny na pociąg powrotny. W chrzanowskim liceum uczyliśmy się w baraku z falistej blachy, gdzie zimą było tak zimno, że wszyscy siedzieliśmy w kurtkach, a woda w szklankach zamarzała na naszych oczach. Przy żelaznej starej kozie było z kolei tak gorąco, że nie można było wytrzymać. Wszystko to było jednak dla mnie normalne. Tak było, po prostu. Długo nie wyobrażałem sobie innego świata.

Fragment pochodzi z rozdziału II książki „Jak brat z bratem”, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 272. Książka do kupienia w naszej księgarni.