Ola Hamkało: Słodka nie jestem

fot. Rafał Masłow

Lubi, jak jest kontrowersyjnie. Odważna, ale wciąż nie wierzy, że należą się jej brawa. Jaka jest Ola Hamkało? Jej mąż twierdzi, że fajna. A jaki portret wyłania się z rozmowy z Magdą Mołek?
Zanim umówiłyśmy się na rozmowę, obejrzałam Olę w sztuce Woody’ego Allena w Teatrze 6. Piętro. Gra tam postać, która wiedzie życie lekkie, łatwe i przyjemne. Przez cały spektakl biega po scenie, szczebiocząc. W rzeczywistości Ola ma niski, donośny głos, bardzo wymagające podejście do życia i złożoną osobowość. Pierwsze chwile spotkania były, chyba dla nas obu, stresujące: Ola badała mnie wzrokiem i łapała za słówka. Wyczuwałam jej dystans. Miałyśmy rozmawiać godzinę, ostatecznie jednak spędziłyśmy ze sobą całe popołudnie. Parę dni później spotkałyśmy się znów. Dlaczego? Bo, krótko mówiąc, było mi mało! 🙂

reklama

fot. Rafał Masłow

Jaki był pierwszy ważny film, który obejrzałaś?

Film, który we mnie zostawił ślad i sprawił, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat, to był „Lot nad kukułczym gniazdem” Miloša Formana.

Ile wtedy miałaś lat?

Może jedenaście…

Słucham?! A kto dziecku daje takie filmy do oglądania?

Samo sobie dało (śmiech). Nie pamiętam już dokładnie, ale może leciał w telewizji, jeszcze miałam wtedy telewizor. A może był w wypożyczalni, bo wtedy sporo chodziłam do wypożyczalni wideo i brałam wszystko, co leżało na półce.

Co dziewczynka zobaczyła w filmie dla dorosłych, którego akcja dzieje się w szpitalu psychiatrycznym?

Całe bogactwo przeżyć i środków wyrazu! Z tym że teraz tak to nazywam, wtedy byłam po prostu zachwycona. Od razu pobiegłam do taty (Józef Hamkało, aktor – przyp. red.) i spytałam: „Tato! Czy znasz taki film?”. „No, oczywiście, że znam”. I długo o nim rozmawialiśmy. Szaleńcy byli dla mnie, wtedy dziecka, fascynujący, bo po prostu nie ma się z nimi na co dzień do czynienia. Poza tym sami są trochę jak dzieci. A Forman do dziś jest jednym z moich ulubionych twórców.

Prowadziłaś bloga o filmie i kuchni. Wynika z niego, że obejrzałaś setki filmów. Nadal to robisz?

Rolety w dół, nie wiesz, czy jest dzień, czy noc, odpalasz projektor i jedziesz! Siedzieć w piżamie przez tydzień, wciągać film za filmem… W międzyczasie trzeba coś ugotować, oczywiście z tego, co jest w lodówce, bo o wychodzeniu nie ma mowy. To jest najlepszy czas! (śmiech).

Ale nie żyjesz w oderwaniu od rzeczywistości, na przykład od bieżącej polityki?

Oj, myślę, że w bardzo dużej mierze tak. Ostatnio właśnie zaczęłam się karcić za takie wygodne stanowisko apolityczności, bo nie można zamykać oczu na pewne rzeczy. Ja jestem ostatnią osobą, która publicznie wypowiadałaby się na temat polityki, ale mam swoje poglądy. One czasem są kontrowersyjne, a ja lubię, jak jest kontrowersyjnie, to prowokuje do rozmowy. I do myślenia.

Lubisz włożyć kij w mrowisko, prawda?

Czasem trzeba! Efekt może zaskoczyć nas samych.

Ale wsadzanie kija w mrowisko często kończy się obrażeniami…

Ale ja mam w sobie też trochę rapową duszę. Słucham dużo rapu. I bardzo mi się podobają hip-hopowe zasady. Oczywiście, są często wyidealizowane, ale warto mieć taki punkt odniesienia. Lubię w rapie nonkonformizm. W życiu nie możesz być jak kameleon – dopasowywać się do sytuacji w zależności od tego, jaka postawa przyniesie ci zysk. W rapie liczy się prawilność…

Prawilność? Co to jest?

Prawilniak to ktoś kierujący się zasadami, niesypiący swoich kumpli, niemówiący nieprawdy, autentyczny. Należy być lojalnym w stosunku do ludzi, którzy są z tobą. Nie można mówić dwóm różnym osobom czegoś innego na ten sam temat. Kwintesencją tego wszystkiego jest szczerość. I niekreowanie samego siebie. Bardzo nie lubię dopasowywania swojego obrazu na potrzeby innych. Można, myślę, bardzo się w tej kreacji zagubić.

Wiesz już, po co zostałaś aktorką?

Ja w ogóle nie wybrałam sobie tego zawodu…

Ciekawie to brzmi w ustach kogoś, kto zdawał do szkoły teatralnej…

To ten zawód wybrał mnie.

No, jeszcze ciekawiej!

Czasem, kiedy przeżywam kryzys zawodowy, a zdarza mi się to w porywach do trzech razy w ciągu miesiąca, to właśnie wtedy zalana łzami krzyczę, że ja nigdy tak naprawdę nie podjęłam w pełni świadomie tej decyzji. Ale już dzień później zdaję sobie sprawę, że robota, którą wykonuję, jest moim błogosławieństwem. Dzięki niej mam okazję zaglądać głęboko w siebie. A to całkiem ciekawe miejsce. Poza tym – jakkolwiek perwersyjnie by to zabrzmiało – lubię być narzędziem w rękach innych ludzi.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »