„Ostatnia rodzina” już w kinach

Rodzina Beksińskich obrosła legendą już za życia. Obrazy Zdzisława kazały myśleć, że jest śmiertelnie poważny i mroczny, Tomasza otaczał nimb samotnika i łamacza serc … o Zofii nie wiedziano prawie nic. Dzięki reżyserskiemu debiutowi Jana P. Matuszyńskiego możemy poznać świat Beksińskich od środka. Obsypana nagrodami „Ostatnia rodzina” od dziś w kinach.
Warszawa, rok 1977. Zdzisław Beksiński z żoną Zofią i synem Tomkiem oraz matką i teściową przeprowadzają się z rodzinnego domu w Sanoku do mieszkania w bloku na warszawskim Służewiu.


Ostatnia rodzina” jest zapisem pozornie szarej codzienności zupełnie niezwykłej artystycznej rodziny. A jednocześnie pokazuje, jak przy owej niezwykłości Beksińscy byli przyziemni i ludzcy. Z pewnością film nie jest biografią artystyczną – jeśli widz chciałby dowiedzieć się więcej na temat inspiracji malarza, to po projekcji może odczuć niedosyt. W zamian otrzyma jednak niezwykłą opowieść o słodko-gorzkich i nieuniknionych relacjach rodzinnych, w których pierwszą rolę odgrywa czułość i bliskość, okazywane chwilami w dość niekonwencjonalny sposób. To również opowieść o poszukiwaniu równowagi między wspólnotowością a indywidualnością bohaterów, o ciągłym forsowaniu swojego zdania i próbach odnalezienia kompromisu między tradycją a nowoczesnością w kwestiach religijnych, światopoglądowych, stylu życia czy autorytetów. Wiele racji mają ci, którzy mówią, że Beksińscy żyli w „nie swojej” epoce, że niejako ją wyprzedzali i przez to nie potrafili odnaleźć się w otaczającej ich rzeczywistości. Przy poszarzałych firankach, między robieniem prania a jego rozwieszaniem, między śniadaniem a obiadem byli nietuzinkowi w swoim podejściu do życia. Ten rozdźwięk bardzo mocno bije z filmu, który mówi wiele też o samotności nie do pokonania i o pasji będącej antidotum na szarą codzienność. Oglądając film, ma się wrażenie zagięcia czasoprzestrzeni: wszystko dzieje się powoli, jakby stało w miejscu. Widzimy pewną powtarzalność działań i nastrojów, aż w końcu zdajemy sobie sprawę, że kiedyś musi nadejść koniec. I nadchodzi…

ostatnia

 

Realizacja zawdzięcza wiele świetnemu scenariuszowi autorstwa Roberta Bolesty: nie brak w nim błyskotliwych dialogów, groteskowości oraz wątków tragicznych i wzruszających przeplatanych scenami budzącymi śmiech.

Andrzej Seweryn (Zdzisław), Dawid Ogrodnik (Tomasz), Aleksandra Konieczna (Zofia Beksińska) oraz Andrzej Chyra (marszand i przyjaciel Zdzisława Piotr Dmochowski) stworzyli wspaniałe kreacje. Mnie jednak zabrakło nieco ciepła i wrażliwości w przedstawieniu Tomka Beksińskiego. Ogrodnik doskonale odtworzył sposób mówienia i poruszania się dziennikarza, ale ta postać wydaje się chwilami zbyt rozbuchana emocjonalnie i jednowymiarowa. Na obronę warto przytoczyć słowa Andrzeja Seweryna, który – chwalony za niemal idealne odwzorowanie postaci Beksińskiego – powiedział, że to bardzo miłe i z pewnością w dużej mierze prawdziwe, ale trzeba pamiętać, iż w filmowym Zdzisławie jest wiele z niego samego. Bo doskonałe aktorstwo na tym właśnie polega, że jest się kimś innym, a jednocześnie wciąż sobą.

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film; mat.pras. filmu

Klimat filmu tworzą również piękne zdjęcia Kacpra Fertacza, a ważną rolę odgrywa, rzecz jasna, muzyka, którą żyli filmowi ojciec i syn. Wiele ujęć w filmie stylizowanych jest na zapis VHS, co przybliża nas jeszcze bardziej do świata Zdzisława Beksińskiego, który w latach 80. i 90. chętnie rejestrował codzienność swojej rodziny za pomocą kamery wideo.

„Ostatnia rodzina” to film nie tylko dla fanów twórczości i pracy Beksińskich, ale dla tych wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć wzruszającą opowieść o miłości rodzinnej, która czasem jest murem, a innym razem może góry przenosić.

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film; mat.pras. filmu