Oswoić koniec: „Ostatnie dni Królika” Anny McPartlin

O bólu, cierpieniu i niesprawiedliwości losu wolimy nie mówić, dopóki nie dotkną nas osobiście. Dlatego też każdy film czy książka, które w mądry, niestereotypowy sposób poruszają kwestie nieuleczalnych chorób, są na wagę złota.
Nie każdy jednak jest w stanie udźwignąć ciężką prozę lub mocny scenariusz o umieraniu czy życiu w chorym ciele. W literaturze i filmie podejście do tematu wciąż ewoluuje, odchodząc od dramatyzmu i podążając w kierunku coraz większej przystępności i próby oswojenia tego, co trudne i bolesne. Dowodem na to jest fakt, że przy przedstawianiu chorób i śmierci twórcy coraz częściej sięgają po humor, a czasem wręcz groteskę.

reklama

Kilka dni temu polski rynek wydawniczy wzbogacił się o kolejną pozycję z kategorii tych niepokornych, które mimo ciężkiego tła emanują humorem (choć często czarnym) i odchodzą od wszelkiego patosu mówiąc o cierpieniu. „Ostatnie dni Królika” Anny McPartlin to słodko-gorzka relacja z ostatnich dni umierającej na raka czterdziestoletniej Mii Hayes.

Chorzy nie muszą być przedstawiani jako męczennicy, by ich historia była wzruszająca. W „Ostatnich dniach Królika” główna bohaterka, Mia Hayes, zwana przez bliskich Królikiem, przegrywa walkę z rakiem i trafia do hospicjum. Mimo, iż największą radość sprawiają jej retrospekcje podczas snu, a rzeczywistość przynosi głównie ból, Mia autoironizuje, przeklina, marzy i żartuje.

Do końca życia zostało jej dziewięć dni. W tym czasie członkowie jej rodziny gromadzą się przy jej łóżku, czego efektem jest wiele zabawnych i wzruszających scen. Każdy z nich przeżywa pożegnanie z Mią w indywidualny sposób. W jednych kipi bunt, inni są zrezygnowani. Są próby zaprzeczania i wybuchy histerycznego śmiechu. Najbardziej urzeka chyba ich „normalność”, której przejawem są nieustanne docinki, żarty, ale i poruszająca szczerość. Bo przecież choroba to nie artystyczna wizja, a proza życia.

„Ostatnie dni Królika” wypełniają nadzieją i dodają otuchy. Książka pomaga w zrozumieniu sytuacji nieuleczalnie chorych, a tym samym oswaja z trudnym tematem umierania. Udowadnia, że koniec to rzecz względna, bo czasem okazuje się być początkiem.

W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się kilka podobnych dzieł, które poprzez humor zaprzyjaźniają odbiorcę z tematem choroby. W pierwszej kolejności na myśl przychodzi „Chce się żyć” w reżyserii Macieja Pieprzycy, gdzie główny bohater – Mateusz, chory na porażenie mózgowe chłopak zmaga się z codziennością. Choć „zmaga się” to nie do końca dobre słowo, wobec jego pogody ducha i radości z bezkarnego wpatrywania się w kobiece piersi.

Próby przedstawienia choroby na wesoło podjął się także reżyser David Sieveking, który w powieści pt. „Nie zapomnij mnie” opisał przebieg choroby Alzheimera u jego matki. Gretel to kobieta, która z dnia na dzień traciła zmysły, jednak jej syn opowiedział jej historię w sposób bardzo łagodny i ciepły, nie szczędząc zabawnych sytuacji i dialogów wynikających z jej stanu. Wraz z książką powstał film o tym samym tytule.

Wśród pozycji książkowych w tym klimacie plasuje się także „Cholerna cisza”, którą za pomocą specjalnej technologii napisał wraz z żoną cierpiący na tzw. locked-in syndrom Philippe Vigand. Walcząc o godne życie nie traci humoru, często kąśliwego.

Francuzi przenieśli na ekran historię sparaliżowanego milionera i jego dość przypadkowego, choć oddanego opiekuna. Już w pierwszej scenie „Nietykalnych” zaserwowali udawany udar Philippa, który pomógł wywinąć się jego kierowcy od mandatu za przekroczenie prędkości.

Książki i kinowe produkcje, które mówią o sprawach trudnych w lekki sposób może nie skłaniają do równie lekkiego ich postrzegania, ale mogą pomóc oswoić się z tym, co w życiu trudne i czasem nieuniknione. Wyzbycie się podniosłego stylu i sakralizacji bohaterów sprawia, że łatwiej jest się wczuć w historię, wydaje się ona nam bliższa i nie jest już tragedią, choć nadal wzbudza emocje.

Jeśli chodzi o powieści traktujące trudne sprawy z przymrużeniem oka, mogą one pozytywnie wpływać także na chorych. Jak mówi Aleksandra Wiszowata z fundacji Rak’n’Roll, koordynatorka projektu „Biblioteczki”, pozycje te stanowią swego rodzaju formę terapii.

– W chorowaniu jedną z ważniejszych rzeczy jest nastawienie i podejście do choroby – gdy chory walczy z podniesioną głową, komfort życia podwyższa się, a i bliskim łatwiej jest przejść przez ten trudny czas. Poza tym takie książki dają nadzieję, że mimo przeciwności można zachować poczucie humoru – chorowanie nie musi być szare, smutne i przykre.

„Biblioteczki” to program, który stworzony został przez Rak’n’Rolla z myślą o pacjentach onkologicznych, którzy spędzają w szpitalach często długie tygodnie, a nawet miesiące. Inicjatywa polega na zapełnianiu oddziałów onkologicznych regałami z książkami, które podnoszą na duchu i pozwalają oderwać się od szpitalnej codzienności. Pacjenci mogą czytać książki motywacyjne, reportaże, biografie, czy literaturę piękną. Wszystko, co pomoże poczuć się lepiej.

Wartość dzieł, w których choroba czy śmierć nie skazują na smutek jest zatem ogromna. Prześmiewając kwestie powszechnie uważane za ciężkie można nieco złagodzić ich obraz i sprawić, że nie będą wzbudzać strachu tylko zainteresowanie, a może nawet chęć pomocy potrzebującym. Miejmy więc nadzieję, że na polskim rynku wydawniczym i filmowym takich pozycji będzie przybywać.

Tekst: Agata Rożnowska

Fragment książki

Informacje o premierach wydawnictwa HarperCollins i konkursy z książkami znajdziesz na profilu na Facebooku