„Paterson”. Najlepszy od lat Jarmusch już w kinach

mat. pras. PATERSON/ Gutek Film

Jim Jarmusch w najlepszym wydaniu: liryczny i czuły. Niemal równolegle z intensywnym, mocnym, punkrockowym dokumentem o zespole The Stooges na polskie ekrany wchodzi zachwycający spokojem „Paterson”.

W niewielkim amerykańskim miasteczku Paterson z ukochaną dziewczyną i jej psem mieszka mężczyzna, na co dzień kierowca autobusu. Nazywa się… Paterson, choć trudno w to uwierzyć nawet samym bohaterom filmu. Jarmusch pozwala widzom prześledzić siedem dni ich pozornie monotonnego i całkiem zwyczajnego życia. Zatem towarzyszymy Patersonowi przy porannej pobudce, śniadaniu, przysłuchiwaniu się rozmowom pasażerów autobusu, obiedzie ugotowanym przez ukochaną i wieczornym piwie w ulubionym barze. Nic szczególnego. Rzec można nawet, że w filmie niewiele się dzieje. Czujemy się jak zamknięci w spirali powtarzalnych czynności. Jednak „Paterson” to zdecydowanie coś więcej niż prosta historyjka o prostym mężczyźnie i jego prostym życiu. Każdą wolną chwilę bohater poświęca na tworzenie wierszy, które są zapisem otaczającej go rzeczywistości. Nieustająco układające się w jego głowie słowa przełamują odczuwalną z początku bezrefleksyjność sytuacji. Co więcej, pojawiający się w różnych momentach motyw „bliźniaków” dodaje całości coś z realizmu magicznego.

W tytułowego Patersona brawurowo wcielił się – ze swoją dość oryginalną urodą i miłym usposobieniem – Adam Driver („Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy”, „Dziewczyny”). W roli szalonej Laury świetnie wtóruje mu Golshifteh Farahani – aktorka znana dotychczas głównie z koprodukcji irańskich, takich jak „Kurczak ze śliwkami”. Bardzo ważną postacią jest również buldog, który w niemałym stopniu namiesza w życiu Patersona.

Jarmusch jest niesamowicie czuły dla swoich bohaterów, daje im subtelność i umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. Z jednej strony mogą niektórych denerwować swoim wiecznym stoicyzmem, ale z drugiej wydają się w tym bardzo autentyczni i uroczy. Chwilami ich postawa wzrusza, żeby w następnym kadrze niesamowicie rozśmieszyć.

Według mnie „Paterson” świetnie pokazuje jednocześnie dwie rzeczy, pozornie odległe, a w rzeczywistości mocno ze sobą powiązane. Z jednej strony jest to opowieść o tym, że wszyscy zmagają się na co dzień z podobnymi problemami i wszystkich bez wyjątku zaskakują pewne sytuacje. Z drugiej natomiast film uświadamia, że w każdym drzemią mniejsze bądź większe pokłady kreatywności, a świat składa się z indywidualności wartych uwagi. Nowy obraz Jarmuscha pokazuje, że, choć nie zawsze potrafimy to dostrzec w prozie życia, codzienność przypomina właśnie poezję, a poezja – codzienność. „Paterson” to pochwała zwyczajności i radości z drobnostek. Świetne filmowe zakończenie 2016 roku.