„Powidoki”, ostatni film Wajdy już w kinach

Fot. Anna Wloch www.annawloch.com anna@annawloch.com/ mat.pras. filmu „Powidoki"

„Powidoki” to czterdziesty film Andrzeja Wajdy. Definitywnie ostatni. Opowieść o tragicznych losach wielkiego artysty nie pozostawia obojętnym.
Łódź, lata 50. Obraz ostatnich lat życia polskiego malarza i teoretyka sztuki, Władysława Strzemińskiego. Z jednej strony – jego pogarszający się stan zdrowia, z drugiej – bezkompromisowa postawa artystyczna wobec władz peerelowskich, która prowadzi do skrajnej biedy, utraty pracy i prestiżu oraz trudnych relacji z córką. Śledzimy codzienność Strzemińskiego, „powidoki” ostatnich działań: od przejmujących wykładów z historii sztuki w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, plenerów malarskich ze studentami i tajnego spisywania swojej pracy teoretycznej „Powidoki”, przez malowanie w trudnych domowych warunkach i przeciwstawianie się artystycznym nakazom władz, aż po podjęcie się ciężkiej i słabo płatnej pracy przy malowaniu portretów stalinowskich. Wszystko kończy się tragiczną śmiercią w samotności.

reklama

Niewątpliwie największym atutem filmu jest jego strona czysto wizualna: wspaniała scenografia Marka Warszewskiego, dekoracje wnętrz Ingi Palacz (idealnie odtworzone zostało chociażby mieszkanie artysty), kostiumy Katarzyny Lewińskiej oraz piękne zdjęcia Pawła Edelmana, znanego między innymi z pracy przy takich produkcjach jak „Pianista” czy „Ray”. Dużo gorzej wypada niestety scenariusz Andrzeja Mularczyka i gra aktorów. Wyczuwalna ciężkość niektórych dialogów spotyka się tutaj ze sztucznością stworzonych kreacji. Mimo starań Bogusława Lindy, by Strzemiński wypadł autentycznie i przejmująco, chwilami ma się niestety wrażenie niepotrzebnego patosu. Oczywiście, w każdym filmie o relacji mistrza i jego uczniów pojawia się takie ryzyko, ale w tym przypadku efekt był dość nieudany i sztuczny. Podejrzewam, że winę ponosi tutaj nie sam Linda, który naprawdę uniósł aktorsko ten film, a bardziej młodzi aktorzy wcielający się w role studentów, wśród nich Zofia Wichłacz, która po świetnym występie w „Mieście 44”, tym razem wydaje się nieco sztywna. Dobry i inspirujący malarz, zafascynowani nim do szaleństwa studenci, źli ubecy – to jednak trochę za mało, postaci są dość jednowymiarowe. W filmie nie znajdziemy wielu informacji na temat burzliwego życia osobistego Władysława Strzemińskiego, ale to akurat jestem w stanie zrozumieć – nie na tym Wajda pragnął się skupić. Żałuję natomiast, że niewiele dowiadujemy się o samych, tak przecież ciekawych, inspiracjach artystycznych malarza.

Przy wszystkich błędach i nieporozumieniach film jest zdecydowanie wart zobaczenia, ponieważ ukazuje tragiczność sytuacji życia w powojennej Polsce – bezsilność, beznadzieję i wszechobecną szarość, a jednocześnie determinację w dążeniu do szczerości i niezależności artystycznej.