Powieść Ałbeny Grabowskiej „Coraz mniej olśnień” trafiła na półki

Blogi pełne entuzjastycznych recenzji, w bibliotekach – zapisy na wypożyczenie jednej z jej książek. Jednym słowem – mamy nową królową literatury kobiecej.
Ałbena Grabowska wydała w ubiegłym roku powieść „Lot nisko nad ziemią”, od września ubiegłego roku zaczęły ukazywać się kolejne tomy jej sagi „Stulecie Winnych”.

reklama

Teraz przyszedł czas na wznowienie jej powieści „Coraz mniej olśnień”.

Jeśli do tej pory nie sięgnęliście po żadną z książek tej autorki – poczytajcie, choćby na próbę. Ich obszerne fragmenty udostępnił serwis przeczytam.pl:

http://przeczytam.pl/lot-nisko-nad-ziemia/

http://przeczytam.pl/stulecie-winnych/

http://przeczytam.pl/stulecie-winnych2/

http://przeczytam.pl/stulecie-winnych3/

„Coraz mniej olśnień” to historia trzech kobiet – Leny, Marii i Aliny, które dzieli tak wiele, że nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego. A jednak ich losy są powiązane.

Każda ma za sobą przeszłość, o której wolałaby zapomnieć. Każda z nich stoi na życiowym zakręcie. Muszą dokonać wyboru. I ponieść konsekwencje swojej decyzji.

Fragment powieści:

Lena

Kiedy wyrzucano mnie z pracy, byłam ubrana w lazurową sukienkę Max Mara. Sprzed trzech sezonów, ale kto o tym wiedział. Nawet w piśmie modowym nie wszyscy znają się na modzie. Zwolniono mnie przez zazdrość. Zawiść nawet. Bo czyż nie doszłabym do stanowiska naczelnej? Albo nawet głównego dyrektora artystycznego? Na pewno. I wcale nie jestem próżna. Nie jestem tylko skromna. Nie posłużono się nawet jakimś specjalnym pretekstem. Po prostu wezwano mnie do zastępcy redaktora naczelnego, czyli do geja w za ciasnym garniturze, i ten powiedział, że „sorry cię”, ale za dużo nas kosztujesz. Po prostu. Nic nie mam do gejów, ale ci, którzy wyrzucają mnie z pracy, w naturalny sposób budzą moją nienawiść. Naczelna nawet nie pofatygowała się do mnie. I szlag trafił. Miałam pracę jeszcze na jakiś tydzień, do ostatniego dnia miesiąca. A potem kończyła się umowa czasowa i do widzenia. Czy czułam, że tak będzie? Wcale nie. Wręcz przeciwnie. Byłam przekonana o swojej wielkości i sprycie. Czyż nie schodziłam z drogi wielkiej szefowej? Czy nie byłam przymilna i koleżeńska? Czy nie przeczytałam wszystkich poradników, jak być idealnym pracownikiem i osiągnąć sukces? Wreszcie czy nie byłam fantastycznie zdolna? Praca w piśmie o modzie to jest świat dla wybranych. Trzeba mieć własny styl, dobre pióro i mnóstwo czasu, a także uwielbiać ciuchy, ludzi z pierwszych stron kolorowych czasopism. Ja tak mam. Może poza tym uwielbieniem. Za to świetnie je udaję. Każda tak zwana celebrytka w moim towarzystwie czuła się jak gwiazda filmowa, nawet jeśli prowadziła teleturniej dla dzieci w porze najmniejszej oglądalności. Nie mówiąc już o osobach występujących w serialach, w trzeciorzędnych rolach, zwanych przez siebie aktorami. Tym potrafiłam wmówić, że mają charyzmę Roberta De Niro albo talent samej Meryl Streep. Pod warunkiem oczywiście, że wiedzieli, kim są ci dwoje. Wielka szefowa przyjmowała mnie do pracy. Pytała, co potrafię. Powiedziałam, że ciężko pracuję na sukces wszystkich, i spojrzałam na nią. Zrozumiała to dokładnie tak, jak chciałam. Będę lojalna. Zawsze będę miała czas na bieganie po klubach za pieniądze redakcji i nigdy, ale to nigdy nie pomyślę o jej stanowisku. Wielka szefowa miała na nazwisko Straszak. Zmieniła sobie na Straszewska. Słusznie, to pierwsze kojarzyło się ze strachem na wróble. Prawidłowo zresztą. Straszyła wszystkim, od wyglądu, przez wystrój pokoju, aż do specyficznego, pełnego egzaltacji zachowania. I miała na imię Kamila. I to sobie zmieniła na Kamelia. Kamila Straszak vel Kamelia Straszewska wyrzuciła mnie z pracy asystentki stylistki w najlepszym krajowym piśmie o modzie. Przeżyję. Albo nie przeżyję. Na razie pogrążam się w rozpaczy, myśląc o tym, co zrobię w następnym miesiącu. Poczucie klęski ogarnia mnie coraz bardziej. Wynajęte mieszkanko kosztuje około pięciuset złotych miesięcznie. To nora, ale wmawiam wszystkim, że klimaty Pragi najbardziej mi odpowiadają. Mogłabym mieszkać w każdym miejscu, ale wybrałam to, mówiłam uparcie. Jak ktoś chciał, mógł się przekonać. Imprez nie robiłam dla zasady. Od czasu do czasu kogoś zapraszałam. Wtedy ten ktoś mógł się wdrapać po obskurnych, drewnianych schodach i wejść do mojej klitki. Miała jakieś dwadzieścia osiem metrów, w tym miejsce do spania na antresoli, kuchenkę z szafkami i łazienkę. To ostatnie to sukces na Pradze, bo bywa, że pomieszczenia zwane łazienkami znajdują się na korytarzu. Mieszkanie zostawił mi kochanek. Poważnie. To znaczy jakby wynajął. Ja płacę tylko czynsz i wszelkie opłaty, a on ma święty spokój. Inaczej powiedziałabym jego żonie o naszych miłych schadzkach. I nie muszę mieszkać z ojcem pod warszawą. I każdy jest zadowolony.

W moim mieszkaniu pół pokoju zajmuje szafa. Ciuchy to moja namiętność. Jestem od nich uzależniona. I od butów. I oczywiście dodatków. Mogłabym opowiadać o tym godzinami. Praca w „Twojej Modzie” była spełnieniem moich marzeń. A teraz co? Czy jest jakiś sens chodzić do szefostwa i pytać „dlaczego?”. Nigdy nie walczyłam. Rodzice mnie tego nie nauczyli. Matka chciała, żebym skończyła jakieś porządne studia. Uczyła się języków. Ja nie miałam na to najmniejszej ochoty. Gdybym mogła w ogóle nie kończyć studiów, byłabym najszczęśliwsza. A tak musiałam prześlizgnąć się przez szkołę podstawową, do czego wystarczyła inteligencja. Skończyć liceum, do czego potrzebowałam także sprytu i kombinowania. Wreszcie skończyć studia. Męczyłam się sześć lat na różnych kierunkach interdyscyplinarnych, aż matka zagroziła, że nie da mi więcej pieniędzy. To mnie zdopingowało do przepisania fragmentów kilku książek i dodania mnóstwa własnych przemyśleń na temat „współczesna moda i stylizacja jako element przynależności do grupy”.