Premiery filmowe. „Porto”

mat.pras. filmu

Przypadkowe wieczorne spotkanie dwojga ludzi w kawiarni staje się przyczynkiem dla debiutującego brazylijskiego reżysera Gabe’a Klingera do stworzenia zmysłowego i delikatnego filmu o miłości, który spokojnie mógłby stać się kinową wizytówką Porto. Produkcji podjął się sam Jim Jarmush, od którego Brazylijczyk niejako zapożyczył motyw zagubionych odmieńców.

reklama

Film jest jak stara pocztówka z pięknego miasta – minimalistyczny narracyjnie i niezwykle plastyczny. Trwający dość krótko, bo nieco ponad godzinę, obraz prezentuje dwadzieścia cztery godziny z życia zupełnie obcych sobie z początku Jake’a i Mati. Opowieść jest mocno poszatkowana, bez zachowania chronologii, dając poczucie zatrzymania chwili. Dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, dlaczego ta historia musiała się tak potoczyć, a owa jedna noc stała się zarazem pierwszą i ostatnią wspólnie spędzoną.

Film podzielony jest na trzy części – perspektywę Jake’a, Mati oraz ich wspólną. Poznajemy bohaterów poprzez intymne rozmowy o życiu, ale jednocześnie nie wiemy zbyt wiele o nich samych i ich przeszłości. Narracja oparta jest na spojrzeniach i licznych zbliżeniach kamery na twarze. Aktorom (Lucie Lucas oraz Antonowi Yelchinowi, dla którego była to ostatnia rola przed tragiczną śmiercią w 2016 roku) towarzyszymy przy stole w nocnej knajpie, spacerze zamglonymi ulicami oraz ciemnym mieszkaniu. Poszczególne sceny przeplatają się ze zdjęciami miasta, Porto odsłania piękno swojej architektury i pejzażu. Całość dopełnia delikatna muzyka pianistki etiopskiej Emahoy Tsegué-Maryam Guébrou.

Na szczególną pochwałę zasługują przede wszystkim zdjęcia i sposób kręcenia filmu: stylizowany na technikę analogową, ze specyficznymi przydymionymi odcieniami barw, z wieloma kadrami umieszczonymi w kwadracie – to po prostu uczta dla oka, szczególnie dla fanów starej techniki fotograficznej. To wszystko dodaje tylko aury tajemniczości, bo choć akcja toczy się najprawdopodobniej współcześnie, film równie dobrze mógłby pokazywać świat sprzed wielu lat.

Obraz Klingera może wydać się niektórym banalny i nic niewnoszący, ale nie warto ulegać takim opiniom. Reżyserowi udało się uchwycić z niezwykłym ciepłem historię o ulotności chwili i głębokiej miłości. To nie wartka akcja, ale czuła impresja, gdzie piękne miasto gra równorzędną z bohaterami rolę.