Małgorzata Rejmer: Dom martwych Rumunów

123rf.com

Już od godziny rumuńska przewodniczka pędzi stado turystów przez sale kryształowo-brokatowe Domu Ludu w Bukareszcie.
Grupie, której jestem anonimową częścią, sugeruje dziwić się i zachwycać, z uśmiechem sytego kota łowi spojrzenia pełne niedowierzania i zachwytu, opowiada, jakimi połaciami złota szpachlowano ściany, jakie zgrupowanie zakonnic haftowało esy floresy na ilu kilometrach zasłon. Liczy się grubość, szerokość, ciężar i wielkość, wielkość narodu rumuńskiego.

Dom Ludu, ta piramida chciwości Ceausescu, marmurowa stodoła na cześć jego pychy i szaleństwa, która miała być szczerozłotym pałacem, a okazała się dlań luksusowym grobowcem, to jednocześnie największa atrakcja turystyczna Bukaresztu. Tłumy z całego świata nic, tylko się dziwią, jakie to poniekąd proste wyburzyć tyle tysięcy domów, do tego kilkanaście cerkwi, kilka szkół, szpitali i tak dalej, wszystko to można niefrasobliwie zaorać i postawić ten pałac inspirowany zabudową Księżyca.

Ale że jakieś szkody, zniszczenia, że jakiś Ceausescu, te wszystkie szczegóły przewodniczka woli zachować dla siebie. Rumuni nie bardzo wiedzą, jak mają sobie radzić z historią, z pamięcią o Ceausescu i ze wszystkimi jego genialnymi pomysłami, które okazały się dla nich krzyżem do dźwigania dożywotniego. Oficjalna narracja o Domu Ludu, sprzedawana turystom w ramach biletu, to epopeja liczb, materiałów, kilometrów kwadratowych luster i mąk czyszczenia pałacowych dywanów. Żadnych opowieści, żadnych anegdot. Na potrzeby tego oprowadzania należy przyjąć, że Ceausescu nie było, komunizmu też nie było, burzenia dzielnicy nie było, w Rumunii zawsze była demokracja, a ten oto Dom Ludu postawił rzymski cesarz Trajan w II wieku naszej ery jako swoją rezydencję letnią. Czy są jakieś pytania?

Pytam ile osób zginęło podczas budowania Domu Ludu. Przewodniczka się trochę obraża na to podchwytliwe pytanie, ale zaraz jej mija i mówi że dziesięć tysięcy. Wydaje mi się, że to dużo za dużo i dzielę się tymi wątpliwościami. Ale przewodniczka nadal ma wrażenie, że dziesięć tysięcy. Ja nadal jestem zdziwiona i na twarzy nieprzekonana.

Więc ona mówi, że skoro przy budowie pracowało sto tysięcy, to jest dość logiczne, że zginęło dziesięć tysięcy. Żeby mnie przekonać dodaje, że wielu robotników zostało zabetonowanych w fundamentach, bo tempo robót było tak tętnicowe, że nikt nie miał chwili wywozić zwłok. Albowiem od czasu wbicia pierwszej łopaty w ziemię w 1983 roku robotnicy pracowali na trzy zmiany dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– W takim razie Dom Ludu to jeden wielki cmentarz – mówię.

– Ale dlaczego tak pani uważa? – pyta przewodniczka uprzejmie. – Przecież przy budowie piramid Cheopsa też ginęli ludzie, i co z tego? Jakie teraz mają Egipcjanie piękne piramidy i nikt im tego nie zabierze.

Mówię, że jednakowoż było to cztery tysiące pięćset lat temu.

– Owszem – zgadza się przewodniczka. – Widzi pani, jak dawno! I czy ktoś teraz o tych ludziach, co zginęli, pamięta? Czy ktoś ich wspomina? Nikt nie pamięta. Ludzie zapominają. O tym, że ludzie ginęli podczas budowy Domu Ludu też w końcu wszyscy zapomną. Nic nie będzie przeszkadzało Rumunom cieszyć się takim cudem architektury.

Nie ma więcej pytań, stwierdza przewodniczka i prowadzi nas dalej.

Ale ktoś inny pyta jak to jest z tymi podziemiami Domu Ludu. Podobno pod spodem wyrosło drugie miasteczko, droga kilkupasmowa, która prowadzi na obrzeża Bukaresztu, i bunkier przeciwatomowy. Coś jest na rzeczy, bo Dom Ludu ma jeszcze kilka podziemnych pięter, które ciągną się 92 metry w głąb.

– Nic mi o tym nie wiadomo, kręci głową przewodniczka. – To znaczy są takie plotki, ale po co rozmawiać o plotkach? Zapraszam dokupić sobie wycieczkę po podziemiach Domu Ludu, moje koleżanki wszystko państwu opowiedzą.

I staje na baczność, dając do zrozumienia, że koniec tego dobrego.

– Miło mi państwu zakomunikować – komunikuje – że podczas dzisiejszej wycieczki obejrzeli państwo zaledwie pięć procent budynku.

Kiedy przewodniczka po raz ostatni kiwa głową grupie na pożegnanie, podchodzi do niej jedna z turystek i mówi po rumuńsku: To skandal!

Przewodniczka odpowiada jej coś, czego nie rozumiem, szybko zbiega po schodach i staje obok ochroniarza, z którym niezwłocznie rozpoczyna rozmowę towarzyską.

Kilka dni później pytam znajomego historyka, ile osób pracowało przy budowie Domu Ludu?

– Dwadzieścia tysięcy – mówi on.

– A ile zginęło?

– Nikt nie zna oficjalnych danych – odpowiada. – Około tysiąca, nie więcej.

– Mało czy dużo?

Jeszcze sprawdzam, ile osób zginęło podczas budowy Pałacu Kultury, jeszcze dowiaduję się, że szesnaście, i już zatapiam się w myślach o rumuńskiej przewodniczce, myśli są niewesołe.