Małgorzata Rejmer: Dziado-gastro-turystyka

123rf.com

Nie, już nigdzie nie jadę, dziękuję – tak się próbuję odgrażać po kolejnej podróży, kiedy informuję konkubenta, że już naprzesuwałam ciało, napatrzyłam oczy, teraz bym chciała sobie posiedzieć.
Przez ostatnie trzy lata, odkąd na świat przyszła brzydka i smutna „Toksymia„, wszystkie pieniądze spływające wątłym ciurkiem przeznaczam na tak zwane kicanie, czyli dziado-gastro-turystykę. Oznacza to jeżdżenie tam, gdzie akurat rzuciło bliższych i dalszych znajomych, spanie gdzie bądź, i w tych realiach ubożości dachu nad głową wszystkiego jedzenie, obchodzenie kolejnych knajp, spelun i lokalików, miejsc sympatycznych, choć nieco pokątnych.

Z tych naszych durnopodróży zostają zdjęcia, których lepiej nikomu nie pokazywać. Głównie są to oblicza jedzenia czyli talerze pełne i puste, obiecujące przedtem i smutne potem. Poza tym robimy zdjęcia na cmentarzach, bo cmentarz to must-see każdej zagranicy, a dalej foty pięknego krajobrazu, ze stertą czegoś niekoniecznego na pierwszym planie. W Paryżu – trzy misie porzucone na ulicy i chiński supermarket. W Budvie – gigantyczne kontenery na śmieci pośrodku deptaka. W Porto – kawał świńskiego łba na wystawie.

Taki turyzm, powiedziałabym, to jest czysta marnacja oczu, brak profesjonalizmu w chodzeniu i patrzeniu, to jest nietraktowanie poważnie etosu turysty, który wyjeżdżając ma obowiązek dokumentowania, przeżywania, cieszenia się pięknem, zachwycania i inwestowania w pocztówki.

Oprócz tego, że jesteśmy żadnymi turystami, ja z konkubentem obrzydliwie chętnie lubimy się kolegować. Nic prostszego niż poznawać osoby towarzyskie w hostelach, na przykład – w Sarajewie – kanadyjskiego montażystę dźwięku, który właśnie ma urodziny. Z tej okazji cieszymy się z nim w afrykańskiej knajpie, a on opowiada, jak Sarajewo rozłożyć na dźwięki. W Mostarze trafiamy na psychoterapeutkę z Australii i robimy z nią trasę szlakiem dziur w ziemi, domów bez szyb, cmentarzy na miejskich zieleńcach. W Ulcinju spotykamy trójkę polskich podróżników z Liverpoolu, którzy towarzyszą nam przez całą trasę po Czarnogórze. Rok później jeden z nich wyśle mi swoje zapiski z Madagaskaru. Znajoma Łotyszka poprowadzi nas wprost do dzielnicy rosyjskiej w Rydze, żebyśmy zobaczyli stragany, fryzjera w drewnianej szopie na narzędzia i łotewski sen pijanego cukiernika, czyli ichni Pałac Kultury (nie taki niezwykły jak nasz).

Bez ludzi, myślę sobie, moja dziado-gastro-turystyka byłaby tylko dziado. Z ostatniej podróży do Portugalii zapamiętam, jak w Porto Ania częstowała nas piwem w nielegalnej piwnicznej knajpie, a w Lizbonie Słowenka Medea prowadziła przez wąskie murzyńskie ulice, gdzie co kilka kroków ktoś oferował nam promocję na hasz. Medea to imię, które w moim słowniku oznacza teraz wolność. Medea przez trzy lata jeździła na rowerze po Afryce, bez pieniędzy, żywiąc się ludzką gościnnością, a potem była jeszcze w Afganistanie, Iraku, Brazylii i Peru. Po dłuższej rozmowie okazuje się, że Medea była właściwie wszędzie. Mam ochotę poprawiać powieki, bo oto widzę osobę, która nigdy niczego się nie obawia i nigdy się nie złości. „Jak to, Medea, przecież ludzie denerwują się w telewizji, że Afryka to śmierć, osoby powyginane w jakieś ludzkie krzaki, Afryka to susza, wojna i hiv, jak możesz tam jeździć?”. Medea powoli, zdanie po zdaniu, rozplątuje kłębki w naszych głowach. Dla niej Afryka to tropikalne owoce, ziemia która rodzi cztery razy w roku, niekończące się połacie zieleni i mieszkańcy wiosek, którzy zrobią wszystko, żeby ugościć cię jak najpiękniej, bo jesteś dla nich zapowiedzią spokoju i szczęścia. Zdarzają się sytuacje różne, ale Medea zawsze przestrzega zasad kraju, w którym jest, i na tyle, na ile jest w stanie, wtapia się w tłum. W Ugandzie będzie wkrótce ósmy raz, wiele rodzin tam na nią czeka.

Żegnamy się z Medeą i parę dni później lecimy do Belgii, gdzie lądujemy w Charleroi. A tam chwila moment i w knajpce dosiada się do nas Walter, zwabiony językiem polskim, i pokazuje zdjęcia: była taka Iwona, bardzo ją polubiłem, piękna i mądra dziewczyna, lecz już wróciła do swoich. I z okazji tego niezwykłego zbiegu okoliczności, że podobnie jak Iwona mamy dwie ręce, dwie nogi i mówimy po polsku, Walter proponuje, że pokaże nam swoje miasto. Dziwi się Walter, ile rzeczy w jego życiu potwierdza, ze wspaniałym krajem jest Polska, w której jednak nigdy nie był, a szkoda. Walter pije kieliszek wina, dwa, cieszy się i dziwi, że język polski to nie jest rosyjski, a potem upiera się, że odwiezie nas na lotnisko, i w jego czarnym bmw mkniemy dalejże, a Walter nadal cieszy się, dziwi i z tego zdziwienia ciągle odrywa ręce od kierownicy.

„Nie jedźcie do Indii”, radzi nam na koniec. „Wrócicie z Indii schorowani. Mój brat wrócił zrozpaczony, bo chciał adoptować hinduską dziewczynkę, która przykleiła się tam do niego. Potem tylko miotał się i płakał. Mówiłem mu – za żadne skarby tego nie rób”. „I co, adoptował w końcu?”, pytamy. Walter uderza ręką w kierownicę. „A skąd. Zawsze był głupi, ale czasem miał przebłyski rozsądku”.

Żegnam się z Walterem, być może nie tak wylewnie, jak by oczekiwało jego zaangażowanie w uchylenie nam belgijskiego nieba, i obiecuję sobie, że dziękuję, na razie nigdzie nie jadę. Chyba że do Rumunii w lipcu. I może do Indii w grudniu.