Małgorzata Rejmer: Geje i ryby

Najpierw mieliśmy być osobami niesprawiającymi żadnego wrażenia, przechadzającymi się przy fontannie w centrum Bukaresztu w celach konwersacyjno – rekreacyjnych, a potem, na znak o charakterze gwizdu, należało położyć się na ziemię i minutę leżeć.
O godzinie umówionej zagwizdano. Na ziemię padliśmy. Leżeliśmy, nie ruszając się, jak ryby wyrzucone na brzeg morza. Jacyś staruszkowie nieopodal bardzo się zdenerwowali. Ktoś z nas wstał i pokazał napis „Ilu jeszcze musi upaść?”. Wstaliśmy. Rozeszliśmy się. Dwadzieścia pięć sztuk nas było, nie więcej.

Tak wyglądał flash-mob w obronie prawa gejów do bycia niebitymi na rumuńskich ulicach. Zdarzyło się ostatnio, to znaczy 6 listopada, że grupa aktywistów z organizacji Militia Spirituala zorganizowała na Uniwersytecie Bukareszteńskim przedstawienie, zakończone debatą, o życiu gejów w czasach reżimu Ceausescu. Za tę ordynarną działalność o charakterze wywrotowo – naukowym organizatorzy zostali pobici przez grupę osób historią niezainteresowanych.

Podpytywałam o ten incydent znajomych, których uważam za zbieżnych myślowo. Poprosiłam, żeby mi wytłumaczyli, jak do tego mogło dojść na terenie uczelni.

– Nie na terenie, tylko w parku przed uniwersytetem ich złapali. Może przypadkowo dostali? – łagodził jeden mój znajomy, Mihai.

– Nieprzypadkowo – mówię – bo padło pytanie: „Czy wy jesteście organizatorami debaty?” i, wskutek odpowiedzi twierdzącej, poszły w ruch pięści.

– Aha – zadumał się Mihai. – No wiesz, w końcu zorganizowali performance, to promocja homoseksualizmu.

– Jaka promocja – pytam – przecież to była debata.

– Aha – pokiwał głową Mihai. – Nie wiem, co to było, ale mogli tego nie robić. Zrobili, to się doigrali.

Tak kończy się rozmowa o homoseksualizmie z większością rumuńskich znajomych. Geje mogą być, ale zabunkrowani, pochowani, w odzieży maskującej, niech sobie istnieją, byle niewidoczni. Efekt tego jest taki, że w dwumilionowym Bukareszcie są dwa kluby gejowskie, obydwa podupadłe. Ani śladu warszawskich bajerów, saun, jacuzzi albo klubów typu „Fantom”. Cały świat homoseksualny przeniósł się do internetu. Mężczyźni spotykają się na czatach i umawiają w domach. O byciu gejem czy lesbijką nie mówi się nawet znajomym. A jednocześnie wszechobecność kultury latino sprawia, że różowe obcisłe podkoszulki to podstawa garderoby co drugiego mężczyzny.

Zapytałam mojego współlokatora, czy chciałby ze mną pójść na flashmob w obronie praw gejów. Parsknął śmiechem.

– A ty ciągle z tymi gejami – westchnął. – No ale ty jesteś feministką, to wiadomo, że nienawidzisz mężczyzn. Ostatnio, jak mnie złapała niestrawność, to nawet powiedziałem koledze, że pewnie Margo mnie truje, bo to feministka.

Nie widziałam, co mu powiedzieć, więc tylko w należytym skupieniu zmywałam naczynia, zastanawiając się, jak łatwo zostać w Rumunii groźną osobą.

O flashmobie napisało kilka internetowych portali. Komentarze internautów były następujące:

„Jak bym im przyłożył, to by już z tej ziemi nie wstali”.

„Przecież to trzeba być psychicznie chorym, żeby z takiego powodu rzucać się na ziemię. Gdzie była karetka, żeby ich zabrać do wariatkowa?”.

„Skurwysyny, do więzienia z wami”.

Czytałam te komentarze razem z moim przyjacielem, który jest gejem. Na flashmob poszliśmy razem. Kilkanaście minut przed akcją przestał się odzywać i zbladł. Zapytał mnie, czy mam ze sobą dowód, bo policja może nas wylegitymować. I że może być nieprzyjemnie. Wtedy uświadomiłam sobie, że mój przyjaciel się boi.

Na szczęście nie zetknęliśmy się z agresją. Spotkała nas tylko całkowita obojętność.