Małgorzata Rejmer: Timiszoara-Bukareszt, czyli 533 kilometry piekiełka

123rf.com

Niech mi pani wybaczy. Przepraszam, że zamieniłam pani podróż w piekło.
Próbując poskromić oniemiałość, zatrzymuję się myślami przy jednym słowie: „piekło”. Konduktorka, która zadręczała mnie przez dziewięć godzin podróży od Timiszoary do Bukaresztu, używała słowa „inferno”, a nie swojskiego „iadul”. Powiało literaturą, a mi zaraz przyszło do głowy znękanie bohaterów Dostojewskiego, ich psychiczne rozchwianie, wściekłość i wylewność, i to nieustanne falowanie uczuć, od wielkiej nienawiści do miłości.

Rzadko myślę o Rumunach jako o ludziach agresywnych. Powiedzenie „asta e” – „tak już jest”, kwintesencja rumuńskiej bierności i bezradności, słyszę na ulicy równie często jak „dzień dobry”. Teraz jednakowoż mam do czynienia z przypadkiem szczególnym: konduktorkę ogarnęła malownicza furia, gdy zobaczyła, że pakuję się do pociągu z rowerem (co nie jest przecież zabronione), a jej ręce zaraz podniosły się do góry jak drapieżne ptaki, które zatoczyły łuki nad jej głową i niebezpiecznie zbliżyły się do mojej twarzy. Chłopak o aparycji szemranej, który kręcił się między przedziałami, zapytał po angielsku, czy może mi jakoś pomóc, i – o nie, tego chamstwa już było konduktorce za wiele.

– Masz bilet? Masz za co go kupić? – po czym rozległo się wycie: To won stąd!

Gdyby coś takiego przydarzyło mi się w Polsce, pewnie by mnie ogarnęła wzmożona nerwowość, ale w Rumunii czuję, jakbym chodziła na szczudłach z niewidzialną lornetką. Wszystko wydaje mi się najpierw interesujące, a dopiero potem straszne. Serce podeszło mi tu do gardła tylko trzy razy: kiedy bezdomny próbował uderzyć mnie pięścią w twarz, za co na moich oczach pobili go policjanci, kiedy napadła mnie sfora psów i musiałam krzyczeć jak wściekłe zwierzę, żeby je odpędzić, i kiedy uświadomiłam sobie, że taksówkarz, który jedzie przez Bukareszt niemal sto na godzinę, rozpędza się tak, bo raz po raz zasypia za kierownicą. Aha, i jeszcze kiedy wyciągałam pijanego spod kół pociągu stojącego na Gara de Nord (i gdy po chwili znowu wturlał się pod wagon). Patrząc na konduktorkę, uświadomiłam sobie, że pierwszy raz widzę tak agresywną Rumunkę. Która, na dodatek, nie daje się przekupić. Prawdopodobnie jedyna taka konduktorka w Rumunii.

Ho ho, co za postać, myślę. Ho ho.