Robin Wright: Teraz my!

fot. Netflix; kadr z filmu, materiały prasowe

Ikona stylu, bojowniczka o prawa kobiet. Uwielbiany serial „House of Cards” to renesans jej popularności. Wraz z nim spłynęła lawina zachwytów nad tym, że 51-letnia Robin Wright wygląda zjawiskowo, może nawet lepiej niż kiedykolwiek. Nam mówi, skąd czerpie siłę i jak ją pożytkuje.

reklama

Bardzo często wypowiada się pani w sprawie dyskryminacji kobiet. Jest pani feministką?

Oczywiście. Uważam, że chociaż wiele się zmieniło na lepsze, my, kobiety, musimy być czujne. Bo nic nie jest nam dane na zawsze. Świat powinien słyszeć nasz głos.

Tylko czy świat na pewno jest na to gotowy? Na własne uszy słyszałam, jak zadawano pani pytanie o to, jak godzi pani kobiecość ze swoimi poglądami.

Tak, dla wielu feministka to wciąż kobieta z brodą. A feminizm zakłada wolność wyboru i odrzuca takie schematy stworzone przez mężczyzn. Na czerwonym dywanie noszę długie suknie od znanych projektantów. I co z tego? Jak pojawianie się na czerwonym dywanie ma się do moich poglądów? Równie dobrze można być seksbombą i walczyć o swoje prawa.

Pani specjalnością są bohaterki o silnej osobowości, niepoddające się społecznej presji. Podobno postać pierwszej damy w serialu „House of Cards” to pani autorski pomysł, ta rola została pierwotnie napisana nieco inaczej.

To prawda – moja bohaterka miała być początkowo wyłącznie żoną skrupulatnie wypełniającą obowiązki pierwszej damy. Tego typu postać wydawała mi się jednak przeżytkiem, postanowiłam więc nadać jej bardziej niezależny charakter. Przecież pierwsza dama nie musi zadowalać się rolą ozdobnego breloka. Świadczy o tym najlepiej Michelle Obama, która sama byłaby świetnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. I chociaż mentalność społeczeństwa zmienia się powoli, uważam, że jesteśmy w przededniu prawdziwej rewolucji.

(…)

Więcej w listopadowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 11/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.