Scarlett Johansson: Nie będę siedzieć cicho

Scarlett z fanami przed Teatrem Księżnej Walii w Toronto; fot. Getty Images/ Gallo Images

Nie tylko na ekranie jest wyrazista. Walczy z polityką Trumpa i o to, żeby kobiety same decydowały o sobie i o własnym ciele. A o drażliwych tematach wypowiada się, trzeba przyznać, prosto z mostu.

Scarlett z fanami przed Teatrem Księżnej Walii w Toronto; fot. Getty Images/ Gallo Images

reklama

Kiedy w roku 2012 w towarzystwie mamy i babci odsłoniła swoją gwiazdę w hollywoodzkiej alei gwiazd, w stylizowanej na lata 40. fryzurze do złudzenia przypominała dawne gwiazdy kina. Fryzura fryzurą, ale w przypadku tej aktorki to częste porównanie. Mówi się, że ze swoim seksapilem jest nowym wcieleniem Marilyn Monroe.

Jakie czasy, taka Marilyn? Jeśli przyjęlibyśmy tę optykę, wyszlibyśmy na bardzo postępowych. Bo Johansson, którą można było oglądać na czele wielkiego waszyngtońskiego marszu kobiet przeciwko Trumpowi, nie ma najmniejszego problemu z mówieniem tego, co myśli. A mówi coraz więcej i coraz głośniej. O tym, że niezbywalne prawo kobiety do decydowania o sobie, własnym ciele i planowania rodziny to nie decyzja polityków, tylko indywidualna sprawa każdej z nas.

– To nie czas, żeby siedzieć cicho – twierdzi z pełnym przekonaniem. A za chwilę dodaje: – Jestem zaangażowana politycznie, bo tego mnie nauczono w domu, jeszcze kiedy byłam małą dziewczynką.

Więcej w wydaniu 7/ 2017, dostępnym także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »