Seweryn gra Krappa w Teatrze Polskim

fot. Paulina Binkiewicz, studentka Warszawskiej Szkoły Filmowej, pod opieką fotografa Krzysztof Bielińskiego, Teatr Polski/Facebook

Andrzej Seweryn jest mistrzem słowa. To aktor, który starannie pracuje nad dykcją, kadencją, frazą. Nim wypowie tekst, długo i starannie, bez pośpiechu go analizuje, zastanawia się nad każdym gestem. Wszystko to w jednoaktówkach Becketta, wystawionych ostatnio w Teatrze Polskim w Warszawie dało piorunujący efekt.
Jednak napiszę tylko o „Ostatniej taśmie Krappa”, ponieważ Seweryn na oczach widzów stał się bohaterem, zrósł się z Krappem. Grał go po swojemu, inteligentnie i chwilami przewrotnie. Mówiąc tekst, który jest teatralnym kosmosem, pokazał także wyraźnie, że dojrzał już do wypowiedzenia słynnej kwestii:„nie zostało nic do powiedzenia”. Czuje się, że wiele wspomnień Krappa świetnie zna. A resztę rozumie, choć nie usprawiedliwia swojego bohatera – raczej przygląda się mu z czułością i zrozumieniem. I z ironią, która pozwoliła na zachowanie dystansu.

reklama

Gdy patrzymy na Seweryna, nieuchronnie przypominają się w tej roli Tadeusz Łomnicki i Zbigniew Zapasiewicz. Dwa wielkie nazwiska i kompletnie różne ( dynamiczna Łomnickiego i statyczna Zapasiewicza) interpretacje monologu Beckettowskiego samotnika, który, rozczarowany życiem, postanawia z lękiem i przekąsem z bliska mu się przyjrzeć. Wspomina, by wreszcie zamilknąć na zawsze. To jeden z największych tekstów w literaturze o samotności, miłości, przeznaczeniu, przemijaniu i o śmierci. Seweryn zagrał i powiedział monolog zupełnie inaczej. Celowo, jak myślę, dystansując się wobec wielkich kolegów po fachu. Czyta go jakby na nowo, perfekcyjnie, ale z uśmiechem. Dlatego efekt jest tak imponujący.

Słowa Becketta są w oryginale tak oszczędne, ostre, że śmiertelnie ranią. Monolog Seweryna już nie. Fragment o miłości do kobiety, z którą nie umiał się rozstać przed laty nad jeziorem, jest piękny, romantyczny, pełen liryzmu. Choć przerażająco smutny.  Chwilami Seweryn staje się tym Krappem sprzed lat, by za chwilę gwałtownie się zestarzeć. Nieudolnie chodzi po zagraconej samotni, pokazując w ten sposób całą beznadzieję swojej egzystencji, której rytm wyznacza wieczorna degustacja bananów, przerywana odsłuchiwaniem kolejnych taśm i wychylaniem ukradkiem alkoholu, gdy ból staje się nie do zniesienia.

Oszczędna scenografia, snop światła padający na twarz aktora i prowadzący go po małej przestrzeni sceny dodają dramatyzmu i poezji każdej wypowiadanej kwestii. Po tak ogromnym ładunku emocji widz bardzo długo dochodzi się do siebie, dzieli rozpacz Krappa, a w głowie wciąż dźwięczą mu powtarzane kilkakrotnie kwestie. „Ostatnia taśma Krappa” to skończone, doskonałe sceniczne dzieło. Sztuka zrośnięta z życiem. Rzadko zdarzają się spektakle o takiej sile rażenia.  To trzeba zobaczyć!

„KRAPP i dwie inne jednoaktówki”, tekst Samuel Beckett, przekł. i reż. Antoni Libera, Teatr Polski w Warszawie, premiera 13 kwietnia 2016