Kamilla Baar: Raczej słucham, niż narzucam własne zdanie

„Dowód na istnienie drugiego” w Teatrze Narodowym opowiada o przyjaźni Witolda Gombrowicza ze Sławomirem Mrożkiem. Kamilla Baar gra w nim żonę Gombrowicza. Kobiecą, uległą Ritę. W serialu „Na krawędzi 2” jest silną policjantką. W filmie „służby specjalne” – żoną agenta służb specjalnych. Dzięki tym przemianom skłonna do analizy Kamilla jest w swoim żywiole i odnajduje równowagę.

reklama

fot. Marta Wojtal

Gombrowicz jest ci bliski?

Tak. Grałam wcześniej w dwóch spektaklach na podstawie jego tekstów: w „Błądzeniu” i „Kosmosie”. Zawsze fascynowała mnie jego twórczość i przejmował jego los – wybitnego intelektualisty i analityka. Człowieka w Polsce niedocenionego. A był przecież naszym rentgenem.

Prześwietlał nas z oddali. Szkoda, że jego diagnozy niewiele zmieniły…

Niebywałe, ale gdy dzisiaj czyta się „Dzienniki”, są wciąż aktualne – od polityki po naszą narodową osobliwość. I to jego fantastyczne poczucie humoru, które jest nam wszystkim niezbędne do życia. Jan Englert, Gombrowicz w spektaklu, mówi: „Jestem za życiem, ale tylko do pewnego stopnia”. Ważna jest jakość życia. A wracając do skuteczności jego diagnoz, literatura nie zawsze ma bezpośredni wpływ na rzeczywistość. Szkoda. A może odpowiedzialna jest za to nasza narodowa cecha – nie lubimy swoich przywar i być przedstawiani w tak uszczypliwy sposób. Jakże to byłoby fantastyczne, gdybyśmy pod wpływem takich twórców jak Gombrowicz umieli się rozwijać i zmieniać.

Ty jesteś otwarta na zmiany? Zdecydowana jak twoja bohaterka w „Na krawędzi 2”?

Jestem. Choć wolę przemiany. Zmiana to coś prostszego: zmieniam, bo coś mnie męczy, z czymś przestałam się dobrze czuć. A ja wszystko dogłębnie analizuję. Staram się być we wszystkim totalnie – w życiu i w pracy. Jeśli „cud zaangażowania” dogłębnego mi się nie zdarza przez dłuższy czas, coś się musi zmienić. Takie sytuacje zachęcają mnie do przemian. Dzięki nim ciągle znajduję się na nieznanym gruncie.

Zdarza ci się czasem powierzchowność?

Zawsze kiedy osuwam się na chwilę w powierzchowność – coś mnie omami albo chcę jakąś sprawę załatwić bez wnikania w nią – nic mi się nie udaje. Zazwyczaj i tak muszę wrócić do punktu startowego i zacząć od nowa, z prawdziwym zrozumieniem. Staram się nie tracić czasu na łatwe rozwiązania. One nigdy nie przynoszą mi spokoju.

W „Tangu” Sławomira Mrożka rolę, za którą dostałaś nagrodę na festiwalu Dwa Teatry, grasz od pięciu lat. Co się dzieje, kiedy spędza się z postacią tyle czasu?

To jest faktycznie ciekawe. Początek sezonu jest momentem granicznym. Kiedy wracam do teatru po przerwie, pytam siebie, jak zmiany we mnie wpływają na rozumienie postaci. Kiedy zaczynałam grać Alę, miałam 30 lat. Już wtedy musiałam się odmładzać, bo to wyzwolona dziewczyna, która staje się kobietą. Teraz jest inaczej. Jestem matką, mam najpiękniejszy okres w życiu, jak to kobiety między 30. a 40. rokiem życia. Czuję, kim jestem. W tej chwili Ala, którą gram, jest od początku do końca kobietą. Kiedy bierze ślub, robi to świadomie, a nie jak pięć lat temu z przekory czy chęci sprawdzenia siebie. Teraz ta rola jest chyba głębsza. Nie odtwarzam stanów, jakie towarzyszyły mi, kiedy budowałam tę rolę pięć lat temu. Ona zmienia się ze mną. Przypomina to fotografię – portret wielokrotny Witkacego. Siedzi jeden Witkacy. A jest ich kilku. Każdy inny, bo lustro przetwarza jego odbicie. Tak samo z aktorem. Mamy w sobie ten zwielokrotniony portret. Wszystko, co się dzieje w życiu, ma odbicie w rolach i odwrotnie.

Nauczyłaś się czegoś ważnego od którejś swojej postaci scenicznej czy filmowej?

Zdarza mi się często, że emocje, na które w prywatnym życiu sobie nie pozwalam – bo staram się nie obciążać innych swoimi problemami i trudne stany przeżywam w samotności – pojawiają się w moim życiu zawodowym, wyrażam je na scenie. Dzięki rolom mogę stanąć oko w oko z prawdziwymi emocjami przeżywanymi w relacjach z rodziną czy obcymi ludźmi, z mężczyznami. Jakimś cudem mogę grać to, czego aktualnie potrzebuję. W kinie czy teatrze widz patrzy bardzo uważnie. Często dużo uważniej, niż patrzymy na siebie w życiu. Nie jestem osobą, która lubi skupiać na sobie uwagę. Raczej słucham, niż narzucam własne zdanie, a tu mogę sobie pozwolić na wiele. Nawet na ciszę, która ma wielką wagę. Wiem, że ta cisza będzie usłyszana. Mogę powiedzieć, że moje role uczą mnie pewności siebie. Dzięki nim znajduję równowagę.

Nie kusiło cię, żeby po prostu te emocje przeżywane samotnie ujawniać, by nie dbać o kontrolowanie siebie. Być taką Włoszką, która rzuca talerzami…

Jak w słynnej scenie z „Ojca chrzestnego”? Nie wiem. Miałam w swoim życiu etap, kiedy byłam totalną Włoszką. Ale takiej siebie nie lubiłam. Tak naprawdę zagłuszałam to, co myślę i czuję. Emocje rządziły moim życiem, a nie ja. To zostawiało po sobie głośną ciszę. Uważam, że z wyładowywaniem emocji trzeba umieć się obchodzić. Ze względu na samego siebie. Bo to, że inni mogą różnie na to reagować, już pomijam. Silne emocje zakłócają komunikaty. Na przykład na krzyk na scenie trzeba sobie ciężko zapracować. Bo tylko dzięki bardzo przemyślanej konstrukcji może właściwie zafunkcjonować. A w życiu krzyczymy i zazwyczaj niewiele z tego wynika. Tak naprawdę wtedy nas nie słychać. Kiedy ktoś na mnie krzyczy, chcę tylko to przeczekać. Dopiero kiedy emocje mijają, mogę się naprawdę skupić. Co nie znaczy, że staram się w życiu zawsze kontrolować sytuację i mieć do wszystkiego instrukcję obsługi. Są takie chwile, kiedy uwielbiam, jak życie mną rządzi. Wtedy wsłuchuję się i wpatruję. Słucham rozmów, które się toczą, i znaków, które spotykam na swojej drodze. To zaspokaja moją potrzebę metafizyki. Zauważam, że jedne rzeczy się przyciągają, a inne odpychają. I staram się żyć w zgodzie z tym, co się dzieje.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »