Spotkanie z autorem „Listów do Małgosi”

Serdecznie zapraszamy na spotkanie z Arturem Cieślarem, autorem książki „Listy do Małgosi. Jabłoń kwitnie zawsze”. Dom Książki MDM ul. Koszykowa 34/50 Warszawa – 10 czerwca (środa) godz. 18.00.
O autorze:

reklama

Artur Cieślar – filolog romanista, pisarz, reportażysta, podróżnik.

Autor książki będącej zapisem rozmowy z Małgorzatą Braunek: Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko. Teraz, tuż przed pierwszą rocznicą śmierci wydał książkę wspomnieniową o niej samej.

Fragment książki:

Środa, 25 czerwca

Brak.

Brakuje mi tych porannych pogaduch z Tobą przez telefon, wypijanych wspólnie: ja – kaw, Ty – herbat. Ileż musiałem nagimnastykować intelekt, żeby w ostatnich miesiącach nie witać Cię wyświechtanym: „Jak się dzisiaj czujesz, jak spałaś, jak noc, jakie sny?”, na co powoli dostawałaś alergii, bo jak długo można odbierać takie telefony? Troska o człowieka chorego, bycie z nim, może wyrażać się albo w uważnym słuchaniu i podążaniu za nim, albo w umiejętnym zajmowaniu jego umysłu, tak by temat choroby nie dominował w relacji z nim. Wystarczy, że dominuje w relacji z jego własnym ciałem, sekunda po sekundzie, dzień po dniu.

Kiedy dzwoniąc, udało mi się rozbawić Ciebie już w pierwszym zdaniu, miałem ogromną satysfakcję. Czasami witałem Cię po francusku: „Bonjour Madame, ça va? Vous allez bien? Avez-vous bien dormi cette nuit? Je vous passe Mr le Président. Ne quittez pas”. A Ty się śmiałaś: „Oui, oui, oui… Już przestań, nie wiesz, że ja już prawie zapomniałam francuskiego?”, mitygowałaś się uroczo. Kiedyś nawet odłożyłaś słuchawkę, gdy zacząłem francuszczyzną. „No co ty, słuchawką mi tu rzucasz?”, byłem zdziwiony. „A, wiesz, jakoś dziś nie mam ochoty na francuski, poza tym jestem już takim głąbem… Chemia mi mózg wypatroszyła. Mam takie dziury w pamięci… Bywa, że nie pamiętam prostych słów”, tłumaczyłaś się.

Nie dzwonię do Andrzeja [męża Małgorzaty Braunek – przyp. red.]. On teraz pochłonięty sprawami organizacyjnymi. Ci, którzy pozostają, mają przed sobą realne zadania, muszą sprostać temu, co nazwałbym logistyką śmierci – formą pochówku, ceremonią, gośćmi, konsolacją, powiadomieniami itd. Oczywiście, że Andrzej nie jest z tym sam. Są Orina i Xawery [dzieci Małgorzaty Braunek – przyp. red.], ludzie z sanghi, przyjaciele chętni i pomocni. Więc się nie martw. Pochowają Cię, jak należy. Możesz być spokojna, że nie będzie żadnej pompy ani patosu!

Szczęśliwie umarli nie muszą załatwiać żadnych formalności, mogą całkowicie skupić się na swoich sprawach. Na pewno są bardzo zajęci. Tymczasem wielu ludzi myśli, że po śmierci to już można się wyspać i wypocząć. Ho, ho! Buddyści w to nie wierzą. Więc rób tam swoje, Małgosiu, w stanie bardo, w tym stanie umysłu, który można nazwać „pomiędzy”, gdzie nagi umysł – oswobodzony z tego cholernego ciała, które zawiodło i przestało należycie służyć – może obcować z Absolutem. Czy tak jest? Lepsze słowa autopociechy nie przychodzą mi do głowy. Wiesz co? Ty mi się przyśnij i opowiedz, jak to naprawdę wygląda, bo przecież, uczciwie mówiąc, NIE WIEM jak. A i Ty nie wiedziałaś, gdy Cię pytałem. Pamiętasz? Koniec książki… Moje ostatnie pytanie…

Ufam mojemu lamie, który opowiadał szczegółowo, jak to jest po śmierci. Nawet mi się przyśnił kilkakrotnie po tym, jak odszedł w swoim klasztorze trzy lata temu, ale nigdy w tych snach nie opowiedział, jak tam jest po drugiej stronie. I czy w ogóle jest druga strona?

Tak. Andrzej jest zajęty, nawet bardzo, on także biega po urzędach. Może później będzie mnie bardziej potrzebował. Jeśli w ogóle. Nic przecież nie wiem. Kiedy wszyscy już przywykną do nieodwołalnego i pójdą do swoich spraw, żon, mężów, kochanków, domów, mieszkań, pustka i nieobecność urosną mu jak ciasto na chleb. Ktoś będzie musiał je wyjąć z gorącego pieca i pomóc mu zjeść. I pewnie od tego są przyjaciele. Bo trzeba z kimś przeżuć to, co musi zostać strawione. Dziwne, że słowo „przeżuć” brzmi prawie jak „przeżyć”.